Filozofia żeglowania

Ponownie przyjemność budzenia się bez budzika. Człowiek docenia takie rzeczy po dniach wstawania na wachtę co kilka godzin 🙂 Dziś jednak nie ma co zwlekać i zbyt długo wylegiwać się w łóżku. Ruszamy z Azorów na Gibraltar.
Jeszcze nie wiemy, że nasze plany się opóźnią, a plan zakłada wypłynięcie z samego rana, zaraz po tym jak Bolek odbierze zamówioną kiedyś pezesyłkę w biurze mariny.

Gdy on rusza załatwić swoje sprawy, ja wykorzystuję czas na ostatnią przed wyruszeniem kąpiel, a że generator jest włączony, uruchamiam ogrzewanie i suszę włosy pod nawiewem w ścianie. Wymaga to pewnej ekwilibrystyki, ponieważ nawiew jest wysoko na ścianie, a ja nie mam na czym stanąć, by być wyżej. Koniec końców włosy udaje mi się wysuszyć. To kolejna z takich prostych radości – cieszy to, że nie muszę marznąć, co zawsze mi szczególnie doskwiera, gdy mam mokre włosy.

Bolek kilka razy wychodzi na poszukiwania paczki. Nigdzie jej nie ma. Ja w tym czasie ponownie wykorzystuję nasz kartonowy szablon z nazwą Zuzo 2, by wymalować sprayem napis na nabrzeżu i zostawić ślad po naszym rejsie pośród wielu innych. Tym razem mam też czas na domalowanie naszych imion, narodowości, daty i trasy rejsu. Bolek, jak to ma w zwyczaju, musi się do czegoś przyczepić i stwierdza, że jego imię wymalowałam mniejszą czcionką 🙂 To efekt tego, że pędzel po ostatnim malowaniu słoneczka (w hołdzie astronawigacji) nad malunkiem w Horcie zasechł mimo mycia i zanim rozkleił się ponownie w farbie, malowało się nim jak patyczkiem (tak się tłumaczę, bo kapitan czyta bloga).
Przy pierwotnym szkicu szablonu, który robiłam w Horcie Bolek zgłaszał za to uwagę, że nie jest wymieniony jako pierwszy, jak na kapitana przystało, kiedy ja zastosowałam kolejność alfabetyczną, wymieniając na początku Anię, Bolka w środku i siebie na końcu 😀
Już nie wspomnę, że z Anią przechrzciłyśmy naszego kapitana na Kapitana Zasadę po ilości zgłaszanych wytycznych 😀 Kapitan wie, więc się nie obrazi, jak to przeczyta 😉

W którymś momencie, jeszcze w trakcie malowania, ktoś się nade mną pochyla. Trochę robi mi się łyso, bo może to służby porządkowe, którym nie podoba się, że maluję na nabrzeżu. Myślę sobie, że pewnie wszystkie te malunki inne załogi wykonywały nocą, a nie jak ja, w środku dnia, tuż przy zejściu do mariny.
Okazuje się jednak, że to zagaduje jakiś Francuz. Pyta, jaką to nazwę łódki maluję i okazuje się, że jesteśmy sąsiadami. Rzeczywiście, gdy dziś rano wstałam, koło nas stała łódka, której tam jeszcze wczoraj wieczorem nie było. Dziś suszyły się na niej sztormiaki i kalosze, zatem widać było, że spłynęli prosto z morza.
Francuz przedstawia się i wita się ze mną całusami w poliki. Ania opowiadała o swoich doświadczeniach pływania na francuskich łódkach i właśnie o tym ich sposobie witania się nawet z nieznajomymi. Chłopak opowiada mi, że idzie ze znajomymi kupić szkło do alkoholu i zaprasza nas jako sąsiadów na wspólne picie. Dziękuję i wyjaśniam, że my jeszcze dziś ruszamy na Gibraltar.

Opowiadam o tej sytuacji Bolkowi, który wraca z poszukiwań, a on stwierdza, że w sumie szkoda, że nie przyjęłam zaproszenia, bo łódka naszych sąsiadów wydaje się ciekawa i moglibyśmy obejrzeć ją od środka. Gdy więc pukam do stojącego obok nas jachtu w burtę z prośbą, by poczciwi żeglarze pomogli mi z dostarczeniem kartek pocztowych do skrzynki (nie ma czasu na bieganie po mieście) i ponownie słyszę zaproszenie, tym razem przyjmuję je bez dłuższego namawiania 🙂

Łódka jest fantastyczna. Wykonana z czterech warstw drewna kładzionego na skos w poprzek i o dziwo z wierzchu przykryta grubą warstwą laminatu, ale to podobno zrobił jeden z poprzednich właścicieli. Obecnych jest dwóch – dwóch dobrych kumpli od lat. Złożyli się i kupili jacht. W pierwszym momencie myślę, że są braćmi, ale pokazują mi swoje zdjęcia z dawnych czasów i tłumaczą, że są prawie jak bracia. Na zdjęciach są bardzo młodzi, mają dredy i na większości z nich żeglują lub choćmy piją piwo na wrakach wyrzuconych na brzeg Bretanii. Niesamowite są te zdjęcia, ten klimat młodości dwóch niepokornych chłopaków wychowanych gdzieś na wybrzeżu. Dawno czegoś tak pięknego nie widziałam! Mają też taki dziennik podróży, pamiętnik, z mnóstwem prześmiesznych rysunków. Proszą mnie w wpisanie się do niego. Rysuję kaszalota nurkującego pośród fal i machającego nad nimi ogonem i podziękowania za miłą gościnę. Bolek też dopisuje kilka słów od siebie.

Można by tak z nimi spędzić cały dzień. Max i Thomas, właściciele łódki rozmawiają z nami, dolewają dżinu z tonikiem podawanego w słoikach po dżemie (pewnie nie udało im się nigdzie dokupić szklanek lub kieliszków), opowiadają o łódce. Jeszcze jeden chłopak z kręconymi włosami i małym wąsikiem (jak dla mnie archetyp Francuza), przygotowuje w kuchni sos do sałatki z mnóstwem ziół. Mają ich pełno w doniczkach na górze, zaraz przy wejściu do kokpitu. Para za stołem, Filip jego żona kroją warzywa na surówkę i częstują nas serami.
Dostajemy jeszcze pozwolenie na zwiedzenie łódki. Bardzo dużo w niej drewnianych elementów wykończenia drewna. Jest przepiękna, choć zawalona mnóstwem drobiazgów, pamiątek, kapeluszy, okularów przecisłonecznych itp. Zwiedzamy ten spowity w chmurę dumy drewniany jacht, bo właściciele palą pod pokładem i podziwiamy koje ulokowane w przejściu na dziób, zabezpieczone fartuchami, by z nich nie wypaść przy przechyłach, pod nimi wiele drewnianych szuflad, w których można łatwo segregować swoje rzeczy. Na dziobie jest składzik z barzędziami i linami, a na rufie przy zejściówce po lewej stół nawigacyjny, po prawej spora kuchnia i przejście do kajuty rufowej. Dużo jest tu jeszcze szafek, schowków bez drzwi, za to zasłoniętych płótnem, drewnianych łuków ito. Thomas opowiada, że pomimo dwóch Webasto chcą tu jeszcze wstawić kozę opalaną drewnem, bo widok ognia i możliwość ogrzania przy nim dłoni to duża przyjemność, a Max opowiada mi o innych prostych radościach, których i sama na morzu doświadczam. Pokazuje mi jedną ze stron swojego dziennika, gdzie jest rysunek stołu i kuchni z podpisami. Na stole jest dobre jedzenie, sałatka, świeży ser i wino, które jak tłumaczy Max, wcale nie musi być w butelce, by człowiek czuł się szczęśliwy.

Może to o to chodzi w żeglowaniu, że jak brakuje świerzych warzyw na oceanie, to później dwa razy mocniej docenia się sałatkę oraz to że pomimo dużych fal i silnego wiatru można zjeść ciepły posiłek, wyspać się czy wysuszyć włosy 🙂
Takie to są proste radości na morzu.
Taki podpis widnieje po francusku pod rysunkiem w dzienniku Maxa i niesamowite jest to, jak ja doskonale rozumiem to, co on chce mi przekazać, gdy o tym mówi. Na morzu jakoś inaczej docenia się pewne proste rzeczy, na które na co dzień w ogóle nie zwracamy uwagi.

Mówię Wam, można by tak z nimi nie tylko jeden dzień spędzić, ale pora na nas. Żegnamy się, Max jeszcze pomaga nad oddać cumy, machamy mu i ruszamy w stronę Gibraltaru. Przeć nami dobry tydzień, jak nie dziesięć dni na oceanie. Pogoda zapowiada się spokojna. Na razie słońce grzeje, a my cieszymy się widokiem zielonej wyspy Sao Miguel i ciekawej wysepki przed nią, pośrodku której znajduje się kąpielisko.

Zanim tracę zasięg rozmawiam jeszcze na FaceTime z moimi Miśkami. Zadzwonili do mnie w trakcie swojej kolacji. Tak bardzo się cieszę, kiedy mogę choć przez chwilę ich zobaczyć. Czasem na morzu, gdy już nie nam zasięgu, odtwarzam sobie filmy z nimi. Bardzo tęsknię. Będę mogła ich wszystkich przytulić dopiero za miesiąc, jeśli wszystko dobrze pójdzie.

Z melancholii wyrywa mnie widok delfina skaczącego z prawej burty. Już po chwili cała banda tych małych rozbójników bawi się przed naszym dziobem. Zwinnie pływają to tu, to tam, wyskakują nad powierzchnię i „przewracają się” na bok, by na mnie popatrzeć, gdy do nich macham. Uwielbiam te ich odwiedziny tak częste w ciągu ostatnich rejsów.

Gdy już nie jesteśmy osłonięci lądem fale mocno rosną i stają się prawdziwymi górami przetaczającymi się pod nami. Tak jak Azory kilka dni temu witały nas świtem, tak teraz żegnają nas zachodem słońca nad górami.

W nocy ostatnie światła wyspy znikają co chwila za górami fal, w my płyniemy prosto na wschód.

1 reply to Filozofia żeglowania

Dodaj komentarz