Faro, pływy i bociany

Wstaję później niż powinnam. Moja wachta zaczęła się 15 minut temu, widocznie nie słyszałam budzika. Chcę się ubrać, ale Gutek mnie łapie i mówi: „Przytul mnie. Jak nie przytulisz, to nie będzie takiej ciepłości”. Ma wrodzony talent do bycia słodziakiem i jak go tutaj nie teraz zostawić?!? 😃

Gdy w końcu wygrzebuję się z łóżka i idę na pokład, dowiaduję się, że przypadkiem wstałam w sam raz, ponieważ w nocy przeszliśmy strefę czasową i nie ma 8:20, jak na moim zegarku, tylko jest godzina wcześniej. A jednak udało mi się nie zaspać i nie zepsuć sobie opinii 😉

Już widać Faro, do którego płyniemy. Poranek ma wyjątkowo ładne kolory, tyle że pogoda nie jest już śródziemnomorska, tylko atlantycka. Wcześniej na upały też nie narzekaliśmy, ale dziś jest mi wyjątkowo zimno. Może to przez nieprzespaną noc?

Gdy zwracamy się do wejścia za falochron, z lewej strony mamy piękną, szeroką, złotą plażę. Wygląda jednak na to, że jest tak daleko od miasta i miejsca, gdzie chcemy stanąć, że z niej niestety nie skorzystamy. W wąskim wejściu mijamy kilkanaście małych łódek. W każdej z po jednym, uwijającym się człowieku dzielącym uwagę między wędkę a ster. Ledwo się mieścimy między tymi „drobinami” a falochronem, a za nami wchodzi jeszcze do portu wielki cargo. Przed nim pewnie poczują respekt i zrobią mu więcej miejsca niż nam. Po chwili mijamy jeszcze pilota wychodzącego na spotkanie cargo i zaczynamy kluczyć w rzece-kanale w kierunku miasta. Za zakrętem odkrywamy uroki terenów zalewowych. Połacie „morskich łąk” ciągną się wzdłuż brzegów. Z czasem zaczynają być już nie tak jednolite, tylko postrzępione, zaczynają tworzyć zakola, zatoczki, wyspy. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam. Na mapie widać mnóstwo kanałów wodnych tworzących mokradła pod Faro. Daleko od brzegu morza zaczyna się prawdziwy, stały ląd.

Wpływamy tu na tzw. płytkiej wodzie i widać, jak odpływ odsłania błotniste brzegi z widoczną jedynie na wzniesieniach zieloną trawą. Tam, dokąd jeszcze sięga woda, stoją zaparkowane małe łódki. Ludzie natomiast brodzą w błocie szukając, a czasami wręcz głęboko przekopując brzegi w poszukiwaniu zapewne skorupiaków czy małży. Podglądam ich przez lornetkę i podziwiam bogactwo tych niesamowitych łąk. Z racji wychowywania się przy bagnistych łąkach, darzę je sentymentem, a B przezywa mnie czasami „nimfą błotną”, teraz więc nie mogę się nadziwić, jak tu jest ładnie. W niektórych miejscach widać też brodzące w wodzie ptaki, podobne do tych drobnych czapli, które widzieliśmy w Alcudii w zatoce na Majorce.

Przyspieszamy, bo płynący za nami cargo już depce nam po piętach. Wyprzedza nas jego pilot i gestem ręki daje znać, byśmy zwracali uwagę na ruchy kolosa. Naprawdę nie mamy zamiaru wchodzić mu w drogę… Rzeka nie jest wąska, więc na pewno się miniemy, ale też chcemy zdążyć przed nim dopłynąć tam, gdzie on już nie wpłynie, gdzie jest już za płytko dla takich statków. Okazuje się ostatecznie, że i dla nas jest już za płytko. Naocznie że tak powiem widać już pas wypłycenia wynurzający się z wody przed nami. Rzut oka na mapę i rzeczywiście, nie ma szans, byśmy przeszli tędy przy niskiej wodzie. W samym Faro i tak nie zaparkujemy, bo tam wchodzą tylko małe łódki o niewielkim zanurzeniu, postanawiamy więc złapać się pierwszej bojki, jaką widzimy i albo spróbować przepłynąć mieliznę na wysokiej wodzie – skok wody tutaj to nawet 3 metry, albo popłynąć już stąd do miasta naszym pontonem. Tak czy siak na brzeg możemy zejść jedynie z jednostki płaskodennej, więc nie zrobi nam różnicy ten kawałek dalej do pokonania pomiędzy jachtem a lądem.

Zadowoleni schodzimy pod pokład, by doprowadzić łódkę i siebie do porządku po stu milach w morzu i nagle słyszymy, że ktoś podpływa. Znany już nam pilot prosi o zwolnienie jego bojki. Cóż robić, rzucamy kotwicę kawałek dalej. Pocieszenie jest takie, że chociaż wybraliśmy solidną bojkę, bo pilot jest ze dwa razy większy od nas 😉

Zajmujemy się pracami pokładowymi, gotowaniem obiadu, praniem, a gdy wychodzimy z powrotem na pokład, okazuje się, że krajobraz się zmienił. Kilka razy dziś się okaże, jak bardzo jesteśmy nieprzyzwyczajeni do pływów i zmian z tym związanych. Niby doskonale wiemy, na co tu uważać, przy wpływaniu do portów pływowych, ale jednak niewiele razy mieliśmy tak naprawdę okazję doświadczyć tak dużych przypływów i odpływów. Ja widziałam je tak naprawdę tylko w Antwerpii w trakcie rejsu na Darze Młodzieży. B miał ku temu więcej okazji, ale i tak nie jest to dla nas oswojony widok. W którymś więc momencie B zastanawia się na głos, czy te jachty, które stoją kawałek dalej, już tam stały, gdy dopływaliśmy, czy przypłynęły później? I czy naprawdę mają od nas dużo mniejsze zanurzenie, skoro udało im się przepłynąć wypłycenie? A może prowadzi tam ina wodna droga, którą przegapiliśmy? Tak przez chwilę sobie dyskutujemy. Dopiero po chwili dociera do nas, że to są jachty, które stały tu wcześniej, tyle że wtedy zza pagórków wyłaniających się z wody widzieliśmy jedynie ich maszty. Teraz, gdy poziom wody się podniósł, sięgamy wzrokiem ponad „łąkami” i widzimy je w całości.

Jeszcze raz dzisiaj przekonamy się, jak duże są tu pływy. Niby to wiemy, niby pokazujemy dzieciom, jak stałe pomosty, które wcześniej były wysoko nad wodą, teraz ledwo wystają nad jej powierzchnię. Pokazujemy chłopcom, do jakiej wysokości sięga ślad wody na murach. Śmiejemy się nawet ze zdjęcia w locji, pokazującego ludzi siedzących w pontonach leżących pośród błota. Jego podpis głosi: „Ci którzy zbyt dużo czasu spędzili na zakupach”. Takie śmieszne nam się wydaje to, że biedni nie mogą wrócić na łódkę pontonem, tylko muszą brodzić w błocie i czekać na przypływ.

Do Faro nie ma innej drogi z jachtu niż pontonem, zatem serwujemy sobie przeprawę zakolami rzeki i labiryntem przesmyków pomiędzy pagórkami wyłaniającymi się z wody. Sięgam ręką poza ponton i sprawdzam, czy woda w rzecze jest słodka. Nie jest taka jak w morzu, ale wyraźnie jest słona. Przed dopłynięciem do brzegu dyskutujemy, gdzie zostawić ponton. Kusząca wydaje się maleńka plaża, jednak gdy podpływamy do niej bliżej, stwierdzamy, że fala przybojowa jest zbyt duża, byśmy wyszli tutaj susi na ląd. Dalej też nie chcemy płynąć, bo fala zalewa mocno obciążony ponton i mamy już mokre to i tamto. Zostawiamy więc ponton przywiązany do polera przy starym pirsie i zadowoleni z siebie idziemy zwiedzać.

Zmęczeni nocnymi wachtami szybko kończymy zwiedzanie tam, gdzie dają wino i słychać dobrą muzykę. Z Castelo mamy też widok z góry na tę plątaninę lądu i wody, którą przed chwilą płynęliśmy. Łachy piachu nanoszonego raz to przez rzekę, raz przez morze wędrują i nie mają zawsze stałego położenia. Prawdziwy wielki żywy organizm. Zalegamy w Castelo na tarasie z widokiem i delektujemy się słońcem, które nie dość, że niespodziewanie wyszło, to jeszcze daje nam znać, że absolutnie się na taki upał nie przygotowaliśmy. Rano przecież było mi jeszcze tak zimno! Chłopcy znajdują sobie do biegania duży dziedziniec. Wchodzą na beczki od wina i skaczą z nich. Prawie moglibyśmy na tym zakończyć zwiedzanie Faro, gdyby nie to, że nagle odzywa się alarm kotwiczny i B stwierdza, że wraca na łódkę, by ocenić, czy nadal jest bezpieczna. Za to my z Piotrem zabieramy Szerszenie na zwiedzanie starego miasta. Na miasto to praktycznie nie wygląda. Raczej na piękne małe miasteczko z siecią urokliwych wąskich uliczek. Zwiedzamy po drodze kościół z trójwymiarowymi, wyjątkowo bogato zdobionymi ołtarzami i pięknie malowanymi kafelkami. Zaglądamy jeszcze na dzieciniec i wieżę, rozmawiamy chwilę z Portugalczykiem, który zna trochę polskiego i ruszamy w stronę nowego miasta. Po drodze zarówno nad bramą rozgraniczającą starą część miasta od nowej, jak i na budynkach przy parku mają swoje ogromne gniazda, nie kto inny, tylko nasze polskie bociany 😃 Miło je widzieć tu na zabytkowych budynkach. U nas raczej widok bociana kojarzy się z wsią, a tu proszę, jakie miejskie ptaki 😃 Jeśli dobrze kojarzę, to Portugalia ma drugie miejsce zaraz po Polsce, gdy chodzi o populację bocianów. Nie dziwi więc to, że i dla Portugalii bocian jest pewnego rodzaju symbolem. W Faro nie tylko bociany latają nam cały czas nad głowami. Tuż obok jest międzynarodowe lotnisko i czy to z łódki, czy poruszając się po mieście co chwila widzimy przelatujące nisko nad miastem samoloty. Dla chłopców to dodatkowa atrakcja.

Dalej idziemy zrealizować plan zakupienia portugalskiej banderki do zawieszenia pod salingiem. Zwiedzamy piękny deptak i podpatrujemy, jakie mają tu pamiątki. Kupujemy jeszcze owoce i świeżo wyciskany sok z cud maszyny ustawianej tu w większości marketów. Tak to jest dobrze, gdy pomarańcze rosną na prawie każdej uliczce i w większości tylko gniją na drzewach. Dla nas to luksus, dla tutejszych zwykła rzecz. Nie obraziłabym się jednak, gdybyśmy w Polce mieli podobne maszyny w marketach do samodzielnego wyciskania np. soku z jabłek i marchwi. Tego przecież u nas nie brakuje.

Kontynuując ciąg dalszy naszego „wypoczynkowego” zwiedzania, łapiemy ciuchcię spalinową, obwożącą turytów po Faro. Wozimy się i podglądamy życie miasta. Największą frajdę mają oczywiście chłopcy. Gutek jest bardzo przejęty i tylko dopytuje, kiedy cicuchcia ruszy, komentuje, jak szybko jedzie itp. Na końcowym przystanku czeka już na nas kapitan. Referuje, że poziom wody tak spadł, że musiał już z pirsu do pontonu opuszczać się na rękach. Stwierdził też, że zaparkował go teraz przy pływającym pomoście, bo w sumie nie wiemy, jak bardzo jeszcze poziom wody opadnie i nie chciałby, byśmy z dziećmi musieli skakać z pomostu.

Dopiero gdy już płyniemy z powrotem na jacht i zwracamy uwagę na miejsca, w których parkowaliśmy poprzednio ponton widzimy, jak bardzo były to nietrafione miejscówki i jak bardzo my nie jesteśmy przyzwyczajeni do tak dużych pływów. Mini plaża, przy której najpierw chcieliśmy zostawić ponton jest teraz od wody oddalona o dobre 100 metrów warstwą grząskiego błota. Gdybyśmy przy niej zostawili ponton, wyglądalibyśmy jak ci ludzie ze zdjęcia, z którego się śmialiśmy albo musielibyśmy przenieść ponton na własnych plecach przez te 100 metrów błota, by dalej go zwodować, co zakładam byłoby albo bardzo trudne albo niemożliwe w tym grząskim błocie. Dalej pirs, przy którym wcześniej zostawiliśmy ponton. Prawdopodobnie, gdyby go B nie przestawił, a wracalibyśmy na łódkę o tej samej porze, to zastalibyśmy ponton wiszący przy pirsie na lince, którą był przyczepiony do poleru i to z dużym zostawionym na niej zapasem… To by dopiero była niespodzianka 😃 Nie muszę wspominać, że pirs od wody także jest oddalony o podobne sto metrów!

Tak mocno opadł poziom wody i tak mocno zmienił się przez to krajobraz, że nie rozpoznajemy miejsc, którymi wcześniej płynęliśmy. Szukamy kanału, którym dopłyniemy na jacht, ale w którymś momencie musimy zawrócić, bo robi się za płytko. Raz nawet nasz ponton zaczyna trzeć spodem i lądujemy tuż przy błotnistym brzegu. Gdy B z Piotrem starają się nas odepchnąć na wiosłach, ja wykorzystuję chwilę, by sięgnąć na brzeg po jedną z muszli. Dopiero teraz z bliska widzę, jak dużo ich tu jest. Wiem już, co zbierali Ci ludzie, których widziałam dziś rano. Niesamowite jest to miejsce. Piękne, tajemnicze przez tę plątaninę wodnych korytarzy i pełne życia! Pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na mnie Portugalia jest bardzo dobre 🙂

Dodaj komentarz