Estuarium rzeki Sado i pomyłka

W nocy dyskutujemy z B, czy wykupić na jutro wycieczkę łódką dla Szerszeni w celu podpatrywania delfinów. Żyją one w ujściu rzeki wpadającej niedaleko stąd do morza. Jest to jedno z niewielu takich wyjątkowych miejsc w Europie.

„Estuarium rzeki Sado jest unikatowym estuarium Portugalii, w którym żyje społeczność delfinów. To drugie pod względem wielkości portugalskie estuarium, a znaczna jego część jest naturalnym rezerwatem. Żyje tu społeczność około 25 delfinów butlonosych. Jeszcze tylko w dwóch innych przypadkach w Europie te gatunki żyją w estuariach rzek – w Szkocji i w Irlandii. Te żyjące w estuarium Sado są rozpoznane i żyją pod obserwacją ludzi, mają nawet swoje imiona, znany jest ich wiek. Najstarszy osobnik został rozpoznany w 1981 r., a najmłodszy urodził się w 2012 r., choć w najbliższym czasie może się to zmienić. Ciąża tych delfinów trwa 12 miesięcy, a młode przychodzą na świat nie częściej niż raz na 2−3 lata” (źródło).

Skoro już tu jesteśmy, to może warto skorzystać z okazji bliższego zapoznania się z delfinami? Reklamy na nabrzeżu kuszą pięknymi zdjęciami. Zakładam, że stado jest oswojone i pewnie przypływa na karmienie, skoro przewoźnicy deklarują 95% szans na ich zobaczenie, jednak gdy czytam o tym więcej, okazuje się, że delfiny obserwuje się najczęściej z daleka, nie wchodząc im drogę, zatem my z jachtu widzieliśmy je już dużo lepiej, bo przecież towarzyszyły nam czasami codziennie, płynąc przy burcie, czy przed dziobem i wynurzały się tuż przy łódce, ścigając się z nami, przecinając nam kurs, skacząc tuż obok i ciekawie zaglądając na pokład. Zawsze bardzo lubiłam ich towarzystwo. Niesamowite było, że takie dzikie zwierzęta chcą spędzić z tobą chwilę, widać, że są zainteresowane, tym co robisz. Miło by było zobaczyć je raz jeszcze. Stwierdzamy ostatecznie, że jednak kilkugodzinna wyprawa w morze nie będzie dla Szerszeni wielką atrakcję po 3 miesiącach na wodzie i że nie będą mieli możliwości obejrzenia delfinów bliżej niż do tej pory z jachtu. Jednak gdy idę na plażę, po cichu bardzo liczę na to, że je zobaczymy. Podobno często pojawiają się w bliskiej odległości od plaży.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak smakuje tutaj woda. Choć jest to ujście rzeki, woda jest tu tak samo słona jak w Atlantyku. Atlantyk jest mniej słony niż Morze Śródziemne i pomiędzy nimi wyraźnie czuć różnicę. Tutaj przy plaży woda morska ma się mieszać ze słodką, ale ja nie czuję, by była bardziej słodka niż w oceanie. Zapewne ogromne pływy mieszają ją bardzo skutecznie. Gatunki zwierząt i roślin, które udaje nam się zaobserwować, w części są typowo morskie, innych po prostu nie znam. Gdy odpływ odsłania bardzo dużą połać plaży, wejście do wody robi się płytkie, a przy drodze podejściowej do portu jak i w samej marinie zaczynają wystawać znad wody ogromne łachy piachu. I wtedy właśnie, na granicy płytkiej wody pojawiają się delfiny. Tak na to liczyłam i one tu są, niedaleko, przed nami! Najpierw płynie kilka pojedynczych sztuk, a później widać już całe duże stado 😃 Płyną w kierunku otwartego oceanu 😃 Cieszymy się, że nam się pokazały!

Dziś jest kolejny dzień pod hasłem obserwowania przyrody. Stefano biega po plaży i wrzuca na głębszą wodę wielkie kępy czarno-zielonych glonów pozostałych na brzegu pod odpływie. Ratuje je tym sposobem przed wysuszeniem i jest z tego powodu bardzo dumny. Wciąga Gutka do zabawy i udaje im się jeszcze uratować kilka małży i ślimaków oraz rozgwiazdę. Gdy cofająca się woda odsłania betonowe ruiny, obserwujemy liczne duże kraby chowające się pod kamieniami. Stefano dzięki książce o morzu wie, jak je łapać, by nie szczypały, ale ostatecznie daje im spokój, stwierdzając, że nie będzie ich stresował.

Po południu zagląda do nas Piotr i donosi nam owocowe przekąski, a po namowach chłopców, także frytki i sałatki. Szerszenie grają z nim w piłkę i wygłupiają się, a ja przez chwilę leniuchuję. Dzwonię do B, by upewnić się, czy mamy już wracać, bo przecież chcemy dziś jeszcze dopłynąć do Lizbony, ale wtedy wychodzi na jaw pomyłka. Ktoś dwa dni temu w rozmowie rzucił, że z Tróia do Lizbony będziemy mieli z 15 mil i w sumie nikt tego ostatecznie nie sprawdził. Zaplanowaliśmy sobie wypłynięcie na późne popołudnie, tak by przed wieczorem być na miejscu, a tu jest już po 14, za to do Lizbony okazuje się mamy 47 mil! Dziś już tego nie przepłyniemy. Dzięki pomyłce mamy więcej czasu na plaży, jednak jutrzejsze całodzienne płynięcie odbierze nam jeden dzień zaplanowany na pakowanie i sprzątanie łódki. Będziemy musieli się sprawnie z tym uwinąć. Zakładam, że po jutrzejszym dniu w morzu wieczorem niewiele już zrobimy, a sprzątanie i pakowanie na falach w ciągu dnia nie będzie łatwe. W czwartek jacht przejmie człowiek, który przeprowadzi Desideratę na Azory. Do tego czasu chcemy być już spakowani i mieć z głowy sprzątanie łódki. Wstępnie planujemy dać sobie dwa dni na zwiedzanie Lizbony i albo w tym czasie razem z Robertem mieszkać na łódce albo wynająć sobie jakieś lokum. Lot powrotny prawdopodobnie zarezerwujemy na sobotę. Tak to przynajmniej wygląda z dzisiejszej perspektywy, ale jesteśmy otwarci na kolejne nasze cudowne terminowe pomyłki 😉

PS Guta dziś w trakcie pogoni za Stefanem z takim hukiem przewrócił się na pomoście prowadzącym na plażę, że aż przejął się tym wyjątkowo mocno pewien młody Portugalczyk. Nie dość, że podbiegł do niego, podniósł go, to jeszcze sprawdził każdą nóżkę z osobna, czy nie jest skaleczona, otrzepał z piachu, przytulił, wygłaskał i jeszcze upewniał się, czy nic mu nie jest oraz ostrzegał, że te pomosty nie są bezpieczne, bo bywają nierówne i łatwo o potkniecie. Śmiem twierdzić, że rodzony ojciec i matka razem wzięci nie poświęciliby Gutowi tyle uwagi, a już zupełnie nie zachowywałaby się tak obca osoba w Polsce! Jest jednak dużo niesamowitego ciepła i serdeczności w tych południowych narodach 🙂

Dodaj komentarz