Dziura w bucie, czyli Roccela Ionica

Jest 3 w nocy. Obudziłem się na wachtę o godzinę za wcześnie, ale z dwojga złego, lepiej w tę stronę (przynajmniej dla wachty schodzącej). Głupio byłoby przespać swoją turę i kazać reszcie marznąć przy sterze. Coś mi jednak nie pasuje. Jacht jest zdecydowanie zbyt stabilny, a szum wody obmywającej kadłub zdecydowanie zbyt rytmiczny, rzekłabym nawet dyskotekowy… zdecydowanie zbyt dyskotekowy. Faktycznie, przecież od wieczora stoimy w Roccelli, a w pobliskiej knajpie włosiaki zapewne nie skończyły jeszcze imprezować. Jest chyba piątek, więc to zrozumiałe. Wychodzę na pomost i kolejne zdziwienie. Knajpa, która usytuowana jest na nabrzeżu, naprzeciwko zejściówki naszego jachtu jest ciemna, pusta i cicha. W sumie prawie tak, jak w ciągu całego dnia. Wieczorem coś tam zaczęło podrygiwać, ale widać impreza się tu nie rozkręciła. Muzyka dochodzi z drugiej strony basenu portowego, z zacumowanego tam kanadyjskiego katamaranu.

Przecieram oczy, raz jeszcze spoglądam na godzinę i muszę przyznać, że ekipa z tego dyskotekowego jachtu robi na mnie wrażenie. Impreza trwa w najlepsze i widać nie specjalnie przejmują się tym, że chcąc nie chcąc, bierze w niej udział cała marina.

Ale od początku. Z Santa Maria di Leuca wyszliśmy cztery dni temu tuż po godzinie 17, zostawiając za sobą fragmenty antycznego akweduktu i białą wieżę latarnii morskiej. W noc wpływaliśmy spokojnie, przy resztkach chimerycznego wiatru, z którego próbowaliśmy coś jeszcze wycisnąć, ale złośliwiec za każdym razem po postawieniu żagli tracił na sile i zmieniał kierunek. Wiedziałem, że wiatr będzie odkręcał z południowo-wschodniego na północno-zachodni i że raczej nie będzie możliwości przejścia trasy na żaglach, ale naiwnie i tak kilka razy próbowaliśmy ubić silnik i prześlizgnąć się przez noc w ciszy na żaglach. Prędkość oscylowała wówczas jednak w okolicach 2,5 węzła i przelot wydłużyłby nam się ponad dwukrotnie, a na to nie mamy ani czasu, ani ochoty. Chcąc nie chcąc tę noc praktycznie w całości spędziliśmy przy monotonnym dźwięku silnika.

Żeglowanie wzdłuż południowego wybrzeża Calabrii nie daje specjalnie wielu możliwości, jeśli chodzi o znalezienie odpowiednich portów schronienia. To nie Chorwacja i nie ma tu kilku alternatywnych miejsc, do których można wejść po 4-6 godzinach żeglugi.

Nawet kotwica nie wchodzi w rachubę, bo i osłoniętych zatok tu brakuje. Przy południowym wietrze w najlepszym wypadku można się jedynie wysztrandować. Zakładając, że nie chce się płynąć w głąb Zatoki Tarenckiej, lecz najszybszą drogą dostać się do lub z Cieśniny Mesyńskiej, pozostaje zaledwie kilka miejsc: Crotone (ale to jednak już trochę w zatoce), La Castella – podobno bardzo fajne, kameralne miejsce, tyle że na kanale podejściowym są jedynie 2 metry głębokości, więc dla nas jest za płytko; Marina Di Catanzero (drogo i brak toalet) no i oczywiście słynna Roccella Ionica i Porto Dell Grazie, w którym stoimy.

Podejście do mariny wymaga uwagi. W kanale podejściowym rozlana jest łacha piachu i głębokość spada tam miejscami poniżej 2 metrów, należy więc podejść daleko od północnego zachodu i praktycznie prześlizgnąć się po plaży, by tuż przy samych główkach portu zwrócić się na środek kanału (omijając wypłycenie tym razem po lewej stronie podejścia.

Wchodziliśmy na spokojnie. Praktycznie nie wiało, więc mogliśmy pobawić się podejściem z prędkością poniżej 2 węzłów, z okiem na dziobie i kontrolując wciąż sondę głębokości. Przed wejściem do mariny warto skontaktować się przez UKFkę z obsługą. Obsługa mariny jest wyjątkowo przyjazna i pomocna. Zapewniali że na podejściu są trzy metry i rzeczywiście tyle było. Przy cumowaniu zaskoczyło mnie stwierdzenie człowieka z obsługi, który na odchodne rzucił, że w razie czego, możemy sobie przerzucić dodatkowe cumy w poprzek kei i dobrze zabezpieczyć jacht, bo pogoda ma być „dziwna”. Ok. Prognozy prognozami, ale słowo lokalesa jest święte. Bardziej dla zabawy poświęciłem godzinę czasu na odsunięcie jachtu od kei (wiatr mieliśmy dopychający) i założenie dodatkowych kilku cum. Klasyczny overkill. Następnego dnia okazało się, że jednak ten overkill się przydał. Zaczęło łoić srogo z południowego wschodu i wiatromierz nie schodził poniżej 30 węzłów. Jacht stał przy tym wietrze stabilnie, bezpiecznie rozciągnięty pomiędzy siecią cum. Długo wahałem się jednak z podjęciem decyzji o wyjściu w morze i przelotem dalej, aż do Taorminy. Wiało silnie, ale wyjątkowo korzystnie dla nas. Gdybyśmy zdecydowali się wyjść, lecielibyśmy zapewne na dość płaskim jeszcze morzu na zrefowanej genule z prędkością 7 węzłów dokładnie w zamierzonym kierunku. Dodatkowo przy samej cieśninie wiatr wykręcał na północ, więc pod względem kierunku lepiej być nie mogło. Dmuchało jednak znacznie, porywy wiatru były spore, a załoga jeszcze nie do końca zregenerowana po poprzednim przelocie, więc ostatecznie podjąłem decyzję o pozostaniu do kolejnego dnia. Czułem jednak, że przy tym wietrze i takim wypłyceniu na wyjściu zostaniemy tu uwięzieni na dłużej. I faktycznie, kolejnego dnia łoskot fal zderzających się z falochronem był oprócz gwizdu want głównym doznaniem dla ucha. Bryzgi wody przelatywały przez solidny, 3 metrowy falochron, a wypłycenie na kanale podejściowym podrywało do lotu naprawdę spore fale, które kompletnie odcięły port aż do kolejnego dnia. I tak to spędziliśmy w Roccelli trzy dni. W Roccelli, która daje dobre schronienie, w której obsługa mariny jest naprawdę sympatyczna i pomocna, ale w Roccelli, która oprócz tego jest do bólu nudna. Do miasta jest dość daleko, więc nawet po najprostsze zakupu trzeba drałować 45 minut w jedną stronę. W marinie jest niby sklep, ale przed sezonem zamknięty. Jest restauracja, ale przed sezonem robią jedynie kawę i kanapki. Korzystaliśmy wiec z kawy, ale od czasu do czasu jeść też coś trzeba, więc wyprawy do sklepu stały się codziennym rytuałem.

Drugiego dnia wiatr w końcu osłabł, po czym niestety się odwrócił, ale i tak musieliśmy poczekać, aż zafalowanie zmaleje. No i jako że zakładaliśmy nocny przelot z przedostaniem się na Sycylię kolejnego dnia nad ranem, nie było co się spieszyć. Założyliśmy że wyjdziemy kolejnego dnia wczesnym popołudniem. Rano faktycznie było pięknie. Słońce, flauta, a fala przybojowa na podejściu była już jedynie niemrawym cieniem tego, co dzień lub dwa temu (zafalowanie morza sięgało wówczas 3,5 metra, wiec spiętrzone przy podejściu fale miały znacznie większą wysokość).

Z minuty na minutę robiło się jednak coraz mniej ciekawie. Zachodni wiatr przybierał na sile, zaczęły pojawiać się jakieś burzowe chmury, a pod nim Eol rozpędzał wiatr do 40 węzłów. W momencie, kiedy mieliśmy już rzucać cumy i rozpoczynać podejście do stacji benzynowej wiatromierz oszalał, a ja zwątpiłem. Na wskaźniku raz to stało 42,raz to 46, ale niżej zejść nie chciało.

W prognozie oczywiście nic o tym nie było, bo wiatr wychodził spod paskudnych i brudnych chmur burzowych, które co rusz nadciągały z północnego zachodu. To jest niestety feler prognoz matematycznych generowanych przez komputery – słabo uwzględniają lokalną rzeźbę terenu i inne charakterystyczne dla regionu uwarunkowania i liczą wiatr jedynie z różnicy ciśnień. Na włoskiej prognozie opracowywanej przez meteorologów widziałem, że na morzu Tyreńskim, tuż nad Cieśniną Mesyńską, poprzedniej nocy przetaczały się burze i teraz co i rusz atakowały nas jakieś ich pozostałości, którym udało się przejść przez góry. Byłem jednak dość zdeterminowany. Trzy dni postoju zmęczyły nie tylko mnie. Atmosfera na jachcie się zagęszczała, więc nie było co czekać. Tym bardziej, że kolejnego dnia wejście do portu mogłyby zamknąć zachodnie fale. Poczekaliśmy na przejście jednej z chmur i ruszyliśmy. Okazało się, że ta noc do najłatwiejszych nie należała.

Dodaj komentarz