Dzień Ojca w Lizbonie

Ściskamy Roberta i Aleksa i podajemy im cumy – taki ostateczny gest rozstania z Desideratą. Czeka nas jeszcze wiele atrakcji, więc starając się nie roztkliwiać, zgarniamy nasze bagaże z pomostu, zanosimy do biura w marinie i udajemy się w kierunku starego miasta. Mamy do dyspozycji kilka środków transportu i dziś skorzystamy z wielu z nich. Najpierw jednak stawiamy na własne nogi. Zakładamy, że uda nam się dojść do dzielnicy Graca, którą polecał nam Aleks, jednak po kilkunastu minutach marszu w mocnym pomimo poranka słońcu, w duchocie i wzdłuż ruchliwej i hałaśliwej ulicy mamy dosyć. Ostatnie dni nie obfitowały w sen i po prostu czujemy się zmęczeni. Nie chcemy marnować czasu i sił, bo na zwiedzanie Lizbony mamy tylko jeden dzień, a i miesiąc to pewnie byłoby za mało na to wyjątkowe miasto.

Nie mogąc rozeznać się w numeracji tramwajów i autobusów, które dowiozłyby nas tam, gdzie chcemy, przepuszczamy kilka z nich, a później długo nic nie jedzie. Łapiemy więc pierwszą taksówkę, która nadjechała i ruszamy w podróż najpierw szerokimi ulicami przedmieść, później wąskimi uliczkami starego miasta pomiędzy zabytkowymi, kolorowymi tramwajami, w podróż wypełnioną opowieściami o Lizbonie i wakacyjnych miejscach w Portugalii, ponieważ nasz kierowca od jutra ma urlop i już żyje wakacjami 🙂

Podwózka to był strzał w dziesiątkę. Taksówką wjeżdżamy na najwyższe wzgórze i cieszymy się, że nie musieliśmy się tam wspinać z dziećmi, tylko możemy zwiedzać Lizbonę schodząc w dół. To duże ułatwienie, jak na cały dzień maszerowania z dziećmi przez miasto. Na szczycie odnajdujemy zamek, a przed nim kolejkę do kupienia biletów, w naszej ocenie na dobre dwie godziny stania. Tak, Aleks uprzedzał, że Lizbonę odwiedza mnóstwo turystów i powinniśmy się przygotować na to, że chcąc zwiedzić najbardziej znane zabytki, musimy liczyć się z wielogodzinnymi kolejkami. Miałam nawet w planach odwiedzenie windy św. Justyny, by zobaczyć jeden z piękniejszych zabytków Lizbony i odwiedzić miejsce znanej imienniczki, ale Aleks mówił, że poczekam tam na wejście ze cztery godziny… O nie, wolimy spędzić ten czas snując się nawet bez celu po mieście lub siedząc na kawie niż prażyć się w słońcu i zajmować znudzone staniem w kolejce dzieci.

Na pocieszenie kupujemy przed zamkiem truskawki i zajadając ruszamy w dół uliczkami Lizbony pomiędzy barwnymi fasadami kamienic. Na części ścian widać też ceramiczne płytki, na których przeważają kolory biały i niebieski, ale na wielu są wielokolorowe dodatki. Mozaiki na ścianach najczęściej przedstawiają wzory lub motywy roślinne, ale są też obrazy uwieczniające życie ludzi morza, sceny historyczne lub motywy religijne.

Nie tylko mozaiki są ozdobą ścian. Jest tu też wiele pięknych murali, przy których tradycyjnie robię sobie zdjęcia. Lizbona zachwyca kolorami i ilością ścian ozdobionych azulejos. Wiele fasad pomalowanych jest po prostu na mocne barwy. Trójkołowe „tuktuki”, którymi można objechać miasto, są wielokolorowe, a drewniane zabytkowe tramwaje, funkcjonujące jako zwykła komunikacja miejska, to jeden z piękniejszych środków transportu, jaki kiedykolwiek widziałam. Zakręcają w wąskich uliczkach, przemykają się w pod kolorowymi fasadami. Są bardzo zgrabne i różnokolorowe. Kilka razy chcę zrobić zdjęcie któremuś z żółtych na tle bordowej kamienicy. Taką mam wizję artystyczną i czekam na dobry moment. Gdy jadą tamtędy inne kolory tramwajów, to ulica jest pusta, gdy akurat nadjeżdża żółty, nagle przede mną przetacza się tłum turystów i zrobienie zdjęcia jest niemożliwe… Tak, powtarzam, Aleks uprzedzał, że w Lizbonie jest mnóstwo turystów… To podobno jeden z niewielu w sumie powodów, dla którego mieszkanie na stałe w Lizbonie może być męczące.

Siedzimy przy piwie tuż obok pięknego tarasu widokowego. To z tego miejsca staram się zrobić zdjęcie żółtego tramwaju. Przed chwilą podziwialiśmy widok Lizbony z góry stojąc na tarasie wyłożonym cudownym azulejos. Ta piękna ceramika stała się moim ulubionym sposobem zdobienia fasad i klatek schodowych! Na tarasie była w otoczeniu kwitnących różowych krzewów i muzyki na żywo. Muzyka to jeden z elementów tworzących klimat miasta. Siedzimy teraz przy piwie i słuchamy kolejnej grupy grającej na żywo na ulicy. Piotr kupuje ich płytę, byśmy mogli cieszyć się tym klimatem także po powrocie do domu. Bartek za to stwierdzając nagle, że jego telefon nie nadaje się do użytku, ponieważ zgłasza przegrzanie po kilkunastu minutach leżenia na słońcu, wkłada go do kufla z zimnym piwem, robiąc tym samym reklamę wodoodpornemu IPhonowi 😃 Tak, jesteśmy w tak radosnym nastroju, że trzymają się nas głupie żarty. Albo tak bardzo pozytywnie wpływa na nas cudowna Lizbona albo radość po zejściu z pokładu po dwóch dobach czyszczenia łódki 😉

Przemierzamy jeszcze wiele urokliwych uliczek pełnych kolorów. Szerszenie wybierają ostatnie pamiątki, ja dostaję w prezencie piękne kolczyki z moimi ulubionymi azulejos, a rodzinnie otrzymujemy od Piotra „wspomnienie z Lizbony” w postaci czarno-białego obrazu ulicy Lizbony z żółtym! tramwajem. To tak na pocieszenie po nieudanym zdjęciu, na które tak polowałam 😃

Po dwóch dniach pakowania i oganiania łódki, przekazywania jej nowej załodze, załatwianiu ostatnich formalności, dziś mamy wypoczynkowe zwiedzanie. Już ze dwa razy zdarzyło nam się gdzieś przysiąść, a bo to muzyka, a bo to widok, ale teraz jesteśmy nie tylko spragnieni, ale także głodni. Szukamy jakieś knajpki, gdzie więcej byłoby lokalesów niż turystów. W jednej z nich odnajdujemy azulejos na ścianach w połączeniu z kibicowskimi szalikami, wiele zobowiązujących do ich znajomości sztuców w nakryciu razem ze zwykłym słoikiem na stole mieszczącym w sobie sos piri-piri 😃 I tu właśnie przysiadamy na obiedzie. Zajadamy przepyszne dorady i sardynki, sałatkę z ośmiornicy z kolendrą, owcze łagodne i pikantne sery, przegryzamy pysznymi oliwkami i popijamy białym winem. Oj, tym sposobem, to my się wtoczymy do powrotnego samolotu 😉 Albo najlepiej w ogóle stąd nie wyjedziemy! Przynajmniej dobrym jedzeniem udaje nam się uczcić podwójny Dzień Ojca w Lizbonie. Szerszenie składają życzenia B i wręczają mu to, co mogą, czyli swoje resoraki, a B składa życzenia Piotrowi. Cieszymy się chwilą!

Nie możemy tu jednak zostać zbyt długo. Wieczorem mamy samolot do Polski, a jeszcze musimy zabrać z mariny nasze bagaże. Wiemy już teraz, że nie rozstajemy się z tym miastem na długo. Na pewno wrócimy tu w najbliższej przyszłości i to przynajmniej na kilka dni, bo Lizbona to jedno z piękniejszych miast, z bardzo pomocnymi, serdecznymi ludźmi i cudownym klimatem. Na pewno warto tu spędzić chociaż przedłużony weekend, a bilety lotnicze są dostępne i niezbyt drogie, co ułatwia zorganizowanie takiej wycieczki. Tak jak trudniej byłoby nam wrócić w ten sposób na którąś z małych wysp z trasy naszej wyprawy, np. na taką rajską Espalmador, tak akurat do Lizbony można się dostać bez problemu. Nie żegnając zatem Lizbony na zawsze, wsiadamy do zabytkowego tramwaju i cieszymy się przejażdżką do czasu, gdy stwierdzamy, że wybraliśmy zły numer, a właściwie w ogóle go nie wybieraliśmy, tylko będąc w euforii zwiedzania wsiedliśmy do pierwszego lepszego. Ten przypadkowo wybrany niestety nie dowiezie nas do mariny. Musimy przesiąść się do innego lub zmienić środek transportu.

Jak na rodziców dzieci wożonych długie lata w fotelikach RWF, tutaj zachowujemy się wyjątkowo niefrasobliwie i nie dość, że nie wozimy dzieci w fotelikach, bo i takich taksówek tu nie widzimy, to jeszcze pakujemy się do jednego samochodu w pięć osób + kierowca. Młody Portugalczyk zgadza jednak zabrać nas wszystkich, a podróż umila nam opowieściami o Lizbonie, portugalskich winach, czy braku sympatii dla Hiszpanów. Nasz kierowca jest tylko potwierdzeniem tego, jak ludzie tutaj potrafią być mili. Zagadnięci przechodnie są uczynni i otwarci, w przeciwieństwie do Hiszpanii w większości miejsc dogadasz się tutaj po angielsku, a do tego w Portugalii jest dużo taniej niż u ich sąsiadów. Może nie jest to bogaty, ale za to piękny kraj, w którym będąc na wakacjach niekoniecznie trzeba wydawać majątku. Za transport do mariny, czekanie aż spakujemy swoje bagaże i zawiezienie nas kawał drogi na lotnisko taksówkach bierze 20 euro wliczając napiwek.

Wysadza nas jednak, przez nasz błąd, nie pod tym terminalem, z którego mamy samolot. Zadowoleni, jeszcze nieświadomi pomyłki, wyładowujemy stertę naszych toreb na wózek i ruszamy w poszukiwaniu stanowiska odpraw. Gdy pojmujemy swój błąd, czeka nas męczące przerzucanie bagaży do autobusu jadącego do innego terminalu i wyładowywanie ich tam na kolejny wózek. Tym razem chociaż jesteśmy we właściwym miejscu. Po drodze udaje nam się zgubić jedynie jedną bluzę i kartę kredytową, którą od razu blokujemy, a poza tym wszyscy są cali i zdrowi, i w komplecie. Po czasie wszystkie nasze „zguby” też się odnajdują, ale to tylko pokazuje, jak byliśmy zakręceni w tej niespodziewanej podróży przez lotnisko.

Z tego powodu, że tą samą taksówką jechaliśmy z miasta do mariny, a później na lotnisko nie traciliśmy już czasu na zaplanowane wcześniej przebranie się i przepakowanie bagażu. Teraz jesteśmy zmuszeni zrobić to na lotnisku. Przebieranie w toalecie w cieplejsze ubrania, bo przecież w klimatyzowanym terminalu i w samolocie nie jest zbyt ciepło, a do tego lądowanie mamy w środku nocy w może niezbyt ciepłej Polsce jakoś idzie bez większych problemów. Gorzej z zapakowaniem wszystkiego tak, by ilość bagażu się zgadzała. Po kilkukrotnych próbach mamy to z głowy, ale za to w bagażach podręcznych mamy np. po jednym kaloszu 🙂

Niby czeka nas jeszcze tylko odprawa bagażu i kontrola bezpieczeństwa, ale podczas niej przekopują jedną z naszych toreb! Podejrzenia budzą kamizelki pneumatyczne Szerszeni uzbrojone w naboje oraz lampka sterowana pilotem jako elektronika przeoczona w przepaściach naszego bagażu, a swoją drogą mogąca wyglądać jak sterowana pilotem bomba… W sumie nie mamy z tego powodu żadnych nieprzyjemności, jedynie dodatkowe pakowanie rozrytego bagażu, ale dla mnie jest to jeden z bardziej stresujących momentów – kolejne już przepakowywanie bagażu w terminalu razem z pilnowaniem rozbieganych Szerszeni na zatłoczonym lotnisku. Ostatecznie, by zatrzymać je w miejscu i nie narazić mnie na nerwowe tiki, Piotr rusza z frytkami jako odsieczą, a B włącza bajki. To Szerszenie zajmuje na jakiś czas, a ja mogę w końcu chwilę odetchnąć. W międzyczasie szukam tylko jeszcze skrzynki, bym mogła wysłać ostatnie kartki. Nie mogąc jej znaleźć, pytam o nią w jednym z kiosków. Pani z obsługi mówi, że skrzynka jest daleko i bym się nie fatygowała, ona wyśle mi kartki, gdy będzie wracała z pracy. No czy to nie jest miłe i wyjątkowe? Mówiłam Wam, że Portugalczycy są bardzo serdeczni i przyjaźnie nastawieni do turystów 😃

Gdy przysiadam koło Szerszeni na podłodze lotniska, co chwila ktoś podchodzi i oferuje nam miejsce przy stole, kilka osób pyta, czy mogą wręczyć chłopcom zabawki z zestawów Happy Meal z McDonald’s. Tym sposobem udaje nam się dotrwać do godziny otwarcia bramek. Blokują nas jednak tuż za nimi, bo nasz samolot jeszcze nie przyleciał. Trwa to naprawdę długo, zanim go wypakowują i przygotowują do kolejnego wylotu, ale przynajmniej wszystko to możemy obserwować, bo samolot stoi tuż przed nami. Czekamy jednak pod rozgrzanym, blaszanym dachem tuż przed płytą lotniska oddzieleni od świeżego powietrza grubą pleksi i ubrani w nieodpowiednie do tej pogody ubrania, a Szerszeni nie bawią już nawet zabiegi obsługi lotniska przygotowującej samolot. Zaczynamy żałować, że nie poczekaliśmy do ostatniej chwili w terminalu, by jak najkrócej czekać na możliwość wsiadania do samolotu, ale teraz już nie możemy się cofnąć.

Nagle mobilizacja – otworzyli wyjście na lotnisko. Do samolotu podchodzimy na piechotę. Szerszenie podekscytowane szukają naszych miejsc i następuje nieuchronna kłótnia o to, kto siedzi przy oknie. Niestety mamy tylko jedno takie miejsce, ale gdy okazuje się, że w naszym rzędzie siedzimy sami, przesadzamy Stefana do drugiego okna i każdy z chłopców ma już dobry widok. Gutek trochę się wierci, ale wierzcie mi, nie jest to jeszcze nic wielkiego. Nawet nie jest to coś, na co musiałabym mu zwracać uwagę, ale nagle nasza sąsiadka z przodu odwraca się i stwierdza, że powinnam coś zrobić, bo dziecko kopie w ich fotel. Trochę zdziwiona ich reakcją, ale jednak z pełnym zrozumieniem tego, że może im to przeszkadzać, stwierdzam, że ok, będę na to uważała, ale jednak liczę na ich wyrozumiałość, bo mój syn ma dopiero trzy lata. Wtedy Pani już z pełną pretensją w głosie i nerwem stwierdza, że oni tu przecież „cali latają”. Na co ja już też bez uprzejmości odpalam, że „polecieć, to my polecimy dopiero za godzinę”, bo właśnie nadali komunikat, że będziemy mieli wątpliwą przyjemność spędzić zamknięci w samolocie dodatkową godzinę z tymi „cudownymi i wyrozumiałymi” sąsiadami…

Nie lubię oceniać, ale gdy chcąc nie chcąc słyszę z siedzeń przed nami rozmowę TEJ pani z mężem, że co to za urlop, kiedy tyle czasu trzeba spędzić w podróży, jak on się bulwersuje, że o 16 musiał się już zbierać z miasta, a w domu będzie dopiero o 2 nad ranem, że przez 8 godzin to on by zrobił samochodem tysiąc kilometrów (kalkulacja trochę nie trafiona, ale niech mu będzie), to stwierdzam, że to takie niefajne, niestety typowe narzekanie naszych rodaków… Szkoda mi tylko, że trafiliśmy na takich smutnych ludzi, przez których ta dodatkowa godzina w samolocie robi się mniej miła niż mogłaby być.

W Końcu startujemy! Gutek roześmiany wykrzykuje, że jedziemy jeszcze szybciej niż samochodem i widać, jak bardzo cieszy się startem samolotu. Stefan siedzi obok Bartka i Piotra, więc nie wszystko jestem w stanie zaobserwować, ale wydaje mi się, że z większym opanowaniem wszystkiemu się przygląda. Gdy wznosimy się już w powietrze, Gutek zachwycony stwierdza, że widać morze. Ja go poprawiam, że to ocean, który nas ostatnio bujał i szczerze się wzruszam. Widok ogromnych statków, które niedawno mieliśmy jeszcze na wyciągnięcie ręki, wysokiego mostu w Lizbonie zatopionego we mgle pomimo upalnego dnia i świateł portu roztkliwia mnie tak, że po policzkach płyną mi łzy…

Lot mieliśmy bardzo spokojny, a lądowanie tak delikatne, że cała moja śpiąca załoga nie budzi się nawet w trakcie przyziemienia. Przy schodzeniu do lądowania, tak jak podziwiałam zachód słońca nad Portugalią, tak teraz podziwiam chmury, przez które się przebijamy o 1 w nocy nad Wrocławiem i już wiem, że pogoda tutaj nie będzie taka jak wczoraj w Lizbonie. Ta warstwa chmur niczego dobrego nie zapowiada, a na pewno nie upał rodem z Lizbony. I mam rację. Taksówkarz, który zabiera nas z lotniska do domu Piotra potwierdza, że lato w PL „skończyło się” trzy dni temu, a ja pomimo naszykowania dla nas ciepłych ubrań nie mogę się natulić zmarzniętych i zmęczonych Szerszeni, taka to zimna noc :/

Gutek na własnych nogach wysiada z samolotu. Stefan jest tak zaspany, że B musi go zanieść do autobusu, który nas przetransportuje do terminalu. To dla nas dodatkowy problem. Toreb mamy po dwie na każdego, ale mamy tylko trzy dorosłe osoby do niesienia bagaży. Dzieci mają tylko swoje małe plecaczki, ale Stefana musimy dźwigać razem z jego i naszymi pakunkami. Cały autobus czeka na to, aż powynosimy nasze rzeczy z samolotu. Nawet pilot samolotu wysiada szybciej od nas, ale za to staje się atrakcją dla zaspanych szerszeni siedzących ze mną przy samolocie na płycie lotniska i czekających aż B z Piotrem uwiną się z bagażami na pokładzie. Przy okazji okazuje się, że pilot to sąsiad i znajomy B z dawnych lat 🙂 Ostatecznie wspólnymi siłami udaje nam się zapakować i wypakować z autobusu oraz odszukać nasze nadawane bagaże. Pomimo późnej pory i śpiących dzieci idzie nam to całkiem sprawnie. O 3 nad ranem jesteśmy już w Obornikach Śląskich i pozostając w klimacie rejsu, żartujemy, pytając, kto teraz ma wachtę? Siedzimy ponad godzinę przeżywając raz jeszcze dzień w Lizbonie i wspominając naszą wyprawę. Pokazujemy sobie robione dziś zdjęcia kolorowego miasta i planujemy kolejne wyprawy. Za oknem zaczyna świtać. Gdy się kładę, nadal jestem w takim stanie gotowości, który nie pozwalał mi zasnąć w samolocie i nadal nie mogę zmrużyć oka. W ciągu kilku poprzednich dni spałam po 3-4 godziny na dobę i widocznie weszłam w tryb niespania. Chciałabym jednak w końcu wypocząć. Bardzo intensywne dni przed zakończeniem rejsu, dzisiejsze zwiedzanie Lizbony i podróż sprawiają, że w końcu zasypiam. Przed nami jeszcze ostatni etap wyprawy – podróż do domu. Choć z drugiej strony przecież nasze rodzinne motto mówi, że dom jest tam, gdzie mama pupę posadzi 😉

Dodaj komentarz