Dzień Mamy

Wczoraj, korzystając z pogody, wysprzątaliśmy przedświątecznie cały jacht. Chłopcy aktywnie w tym pomagali szorując i zmywając pokład z brudu i soli, której sporo naniosły nam ostatnie duże fale. Takiej ekipy sprzątającej nie było w całej marinie, a akurat więcej osób czyściło swoje łódki. Dziś więc miałam dzień wolny. Zostawiłam kapitana wiszące na maszcie i załogę naprawiającą światło marszowe i poszłam z chłopcami, jak to mawia Gutek na, „plac zabu”.

Moi mali piraci wspinali się na wszystkie urządzenia, zwieszali się z nich jak małpki i ćwiczyli kolejne trzepakowe umiejętności, jak choćby fikołki i wiszenie za nogi głową w dół. Zrobili też dla mnie dużo parasolek z patyków i listków, takich jakie miał Totoro. Listki koniecznie miały być zielone. Pozyskiwane więc były z drzew za pomocą kawałka drewna palmy rzucanego w wysokie korony dużych fikusów beniaminków. W Poznaniu dumna jestem z mojego fiskusa sięgającego 1,5, a tutaj ich korony zaczynają się na wysokości dwóch! Ale wracając do świętowania. Obdarowana zostałam mnóstwem parasolek chroniących przed słońcem, ale jednak zdąrzyliśmy się wszyscy upiec na placu nawet w cieniu fikusów i palm. Zarządziłam więc przenosiny do podziemi muzeum archeologii podwodnej, króre mieściło się przy samej marinie. Chłopców zajęły tam liczne interaktywne stanowiska, dzięki którym mogli sterować zanurzaniem nurka, wypompowywaniem piasku z dna i podnoszeniem koszyka do wyławiania znalezisk archeologicznych spod wody. Muzeum małe, ale naprawdę ciekawe. Poza obejrzeniem skarbów wyłowionych z dna morza, można poznać sposób, w jaki ształowane były kamfory na starożytnych statkach, a jak w późniejszych czasach skrzynie i beczki. W innym miejscu w słupach wody zanurzone są przeróżne materiały, jak kości, metal czy gliniane wazy i dzięki czemu można poznać wpływ słonej wody na nie. Można zapoznać się też z pierwszymi urządzeniami do nawigacji czy wziąć do ręki późniejszy sekstant. Są też gablotki z zagadkami węchowymi, liny z instrukcją wiązania węzłów i wiele interaktywnych pokazów z życia dawnego portu, budowy starożytnych łodzi i sposobu żeglowania na nich. Chłopcy byli zainteresowani wszystkim, co nie było w zwykłej gablocie i to pokazuje, jak ważne jest, by muzea oferowały więcej chociażby replik, króre można wziąć do ręki, aby zainteresować młode pokolenia. Nawet tak proste stanowisko, jak te kilka lin zwisających ze ściany, zajęło Szerszenie na parę minut, a przecież Młodzi lin mają pod ręką od groma na co dzień na łódce.

Plan jest taki, że wypływamy na noc. Musimy przedtem zrobić zakupy, bo lodówka pusta. Najbliższy market jest spory kawałek drogi od mariny, ale zabieramy chłopców na wspólny spacer. Każdy z nas bierze torbę i plecak, w których dźwigać będziemy zakupy, więc i nasi mali pomocnicy mają przewieszone przez ramię lniane torebki. Do sklepu jest jednak na tyle daleko, że choć w jedną stronę droga była miłym spacerem, to z powrotem z zakupami trudniej byłoby nam dojść, biorąc pod uwagę, że chłopcy pewnie spowalnialiby marsz, zbaczając na wszystkie napotkane murki i inne ciekawostki. Piotr idzie więc szukać taksówki i ostatecznie dziadkowie wracają z wnukami i zakupami do mariny samochodem, a my z B mamy romantyczny spacer 😉

Z okazji Dnia Matki dostaję kwiatek – melisę :), króra dołączy do naszej pokładowej bazylii. Dostaję też zaproszenie na lody. Nie wypłyniemy więc tak prędko. Rozpakowujemy zakupy i szykujemy się do wyjścia. Po drodze w marinie spotykamy naszych znajomych Szwajcarów. Dopiero teraz widzimy, że ona nie ma nawet sprawnych rąk. Tym bardziej nasz podziw budzi mężczyzna, który nie dość, że sam zajmuje się łódką, to jeszcze opiekuje się swoją partnerką w zakresie, w jakim trzeba się opiekować niesprawną fizycznie osobą, nie mówiąc już o posiłkach i innych codziennych sprawach.
Szwajcar mówi, że dużo o nas myśleli i zastanawiali się, jak dzieci dały sobie radę w trakcie tego dnia, gdy wypłynęliśmy z Torrevieja. Rzeczywiście, gdy wyszedł wtedy na pomost, by nam jeszcze pomachać, miał zatroskany wyraz twarzy. Miło, że tak się nami przejęli. Teraz żałuję, że nie wymieniliśmy się namiarami na siebie, ale liczę na kolejne spotkanie, bo płyniemy w tę samą stronę.
Z naszej perspektywy rejs na Desideracie jest dla nas wyjątkowy, ale tak naprawdę jest wiele par i rodzin, które w ten sposób spędzają całe życie. Dziś np. rozmawialiśmy z naszymi sąsiadami z pomostu, którzy przechodzili obok z dzieckiem, wydawało się nam, że młodszym od Gutka. Okazało się, że to para z UK, która ze swoim trzyletnim synkiem żegluje od trzech lat! A takich ludzi spotykamy prawie w każdym porcie.

Ze Szwajcarami mijamy się raz jeszcze przy lodach. Szerszenie dostają możliwość wybrania takich, jakie tylko chcą i decydują się na najpaskudniejsze w świecie gotowce, których ostatecznie nie zjadają… Ja wybieram kulkowe i dostaję do nich irlandzkie piwo. Na zakończenie świątecznego dnia serwujemy sobie jeszcze wygłupy razem z Szerszeniami na karuzeli rozłożonej na placu w mieście i dopiero późnym wieczorem wypływamy z Cartageny. Morze wita nas spokojnym wiatrem i jasną nocą. Oby tak dalej! 🙂

Dodaj komentarz