Dzień jak co dzień, czyli naprawiamy

Powoli przekonuję się, że rzeczywiście z życiem na jachcie związane jest ciągłe czegoś naprawianie. Tu nie ma specjalnie wielu systemów nieistotnych dla sprawnego funkcjonowania. Jest tak, że raczej jeśli coś na jachcie jest, to ma działać, a działanie tego w sposób pośredni lub bezpośredni przekłada się na bezpieczeństwo lub komfort funkcjonowania na nim ludzi. Głupi zawias od szafki, który w normalnym mieszkaniu mógłby kolebać się przez pół roku w akompaniamencie marudzenia „mógłbyś to wreszcie naprawić”, tu może w przechyle sprawić, że dostaniesz w łeb pociskiem ze szklanego kubka wystrzelonego z otwierającej się nagle szafki. Albo oberwiesz samymi drzwiczkami od szafki. Albo na właśnie przygotowane kilka talerzy z gorącym obiadem spadnie coś z tej szafki, a te gorące rzeczy, które miałeś na talerzu rozbryzną się po całym jachcie. Drobne i większe awarie trzeba zatem na bieżąco łatać. Problem polega na tym, że o dostępie do części zamiennych, raczej specjalistycznych, możesz zapomnieć. Podobnie z dobrymi narzędziami. Nawet po przybiciu do brzegu skombinowanie pewnych części jest trudne lub w najlepszej sytuacji po prostu drogie.

Z niesprawną pompą od toalety dziobowej płynęliśmy niemal miesiąc i dzielnie próbowaliśmy najpierw połatać ją tym co mamy, a później kupić odpowiedni zamiennik, w każdym mieście biegając po specjalistycznych sklepach. W końcu w desperacji niemal wymieniliśmy pompę na kompletnie nową (co zdecydowanie było drogim rozwiązaniem), ale ostatecznie udało się dokupić jakąś niedrogą cześć, która rozwiązała problem (chwała za to Marianowi).

Bo wiecie – na jachcie sprawność toalety to kluczowa dla bezpieczeństwa ludzi i sprzętu sprawa. Nie trudno wyobrazić sobie, co dzieje się na jachcie w sytuacji, kiedy zawartość klopa zamiast za pokład rozlewa się po małej podłodze kambuza –  cześć załogi wisi wówczas zielona przy relingach, oddając Neptunowi co jego, a druga cześć, mająca mniej szczęścia, leży nieprzytomna po poślizgnięciu się i przyziemieniu głową o jakąś mniej lub bardziej twardą rzecz.

A że na jachcie nawet toaleta nie jest zwyczajna, tylko przekombinowana – jest co naprawiać. Dla osób nieobeznanych z jachtowymi systemami, krótkie wyjaśnienie – wszystko, co wyląduje w muszli klozetowej musi być z niej wypchnięte za pokład na zewnątrz albo mechanicznie, albo automatycznie poprzez niewielkiej średnicy rurę i otwór w kadłubie jachtu. Dodatkowo do spłukiwania używa się wody morskiej, która zaciągana jest bezpośrednio z morza za pomocą zaworu znajdującego się przy dnie jachtu. Każdy z tych otworów w poszyciu jest niebezpieczny. Dlaczego? W skrócie – bo jest dziurą w dnie jachtu. Dziurą, która tylko dzięki sprawności i szczelności poszczególnych zaworów sprawia, że woda morska nie przedostaje się do wnętrza jachtu i nie zalewa go. Niesprawny zawór może w krótkim czasie sprawić, że jacht pozostawiony samotnie na kotwicy na jedno popołudnie zostanie naniesiony na mapę jako leżący na dnie wrak. Odpowiednia konserwacja takich zaworów, rur, połączeń i pomp jest zatem dość istotna i pożera całkiem sporo pokładowego czasu.

Jak zatem wygląda standardowy dzień na jachcie z powyższej perspektywy? Ano wstaje sobie rano człowiek z nadzieją na to, że trochę w spokoju popracuje, wypije dobrą kawę na nabrzeżu i przejdzie się z Justyną i Szerszeniami na chwilę na plażę w celu poutykania piachu po wszystkich otworach ciała i odzieży wierzchniej. Ale… No właśnie. Justyna zauważa, że woda w zbiorniku ma dziwny posmak i jest jakby zatęchła – trzeba zatem opróżnić zbiornik, przepłukać go świeżą wodą i raz jeszcze napełnić. Żeby to zrobić, postanawiam wziąć prysznic pod pokładem, a nie w sanitariatach na brzegu, by opróżnić zbiornik z wątpliwej jakości wody zatankowanej swoją drogą w ekskluzywnej marinie. Jakoś trzeba te 300 litrów wody zużyć. Toalety jachtowe są zarazem prysznicami. I to całkiem komfortowymi, jeśli ktoś jest optymalnych gabarytów i nie ma specjalnie wygórowanych potrzeb. Kran w umywalce można wówczas wyciągnąć na prysznicowym wężu i polewać się ze spokojem wodą aż do wyczerpania zbiorników lub ciepłej wody. Dodatkowo łazienka jest tak zaprojektowana, że można ją od góry do dołu zlać wodą, co sprzyja też utrzymywaniu w niej czystości. Wysoka kryza przy drzwiach wejściowych sprawia, że na dnie łazienki może zebrać się naprawdę spora wanna wody, którą wykorzystujemy przeważnie do wyprania rzeczy. I tak też teraz postanowiłem wyprać trochę zalegających brudów w balii powstałej na dnie łazienki. Wodę z takiego miejsca wyrzuca się poza pokład do morza dzięki specjalnej pompie. I tu zaczęły się schody. Pompa nie odprowadza wody. Standard – zapewne ponownie zapchał się filtr zabezpieczający samą pompę przed przedostaniem się do niej włosów i innych zanieczyszczeń. I owszem – filtr był pełen (choć czyściłem go niespełna dwa tygodnie wcześniej), ale niestety to sytuacji nie uratowało. Pompa nadal nie ciągnie. Dalsze możliwości prac serwisowych limituje goły tyłek, zmarznięte nogi brodzące w mydlinach oraz brak odpowiednich narzędzi. Ok. Czas się ubrać i przejść po sprzęt. Korytarzyk pomiędzy toaletą a kambuzem dość szybko zostaje zalany wodą, którą co rusz trzeba wycierać, bo mokra podłoga jest wyjątkowo śliska. Odkręcenie pompy, filtra i węży jest dziecinnie proste… albo przynajmniej byłoby dziecinnie proste, gdyby nie kompaktowe rozmiary wszystkich pomieszczeń na jachcie. Szafka pod umywalką mieści cały zestaw kluczowych zaworów, pomp, węży i standardowo trzymanych tam w domach rzeczy. Wodoszczelne drzwiczki, które bronią dostępu do tej szafki są miniaturowe i dostęp do całej sekcji technicznej łazienko-pralnio-prysznica limitowany jest właśnie wielkością tego otworu.

Po dłuższym czasie udaje się rozebrać całość i wydłubać z węża spory kawałek jakiegoś ułamanego plastiku owiniętego włosami. Skąd ten plastik? Nie wiem, ale w trakcie życia z dziećmi nauczyłem się już nie dziwić niczemu, szczególnie przypadkowym rzeczom upychanym w przypadkowych miejscach, np. klockami lego w lodówce.

Pompa zadziałała, wodę w końcu udało się wyrzucić na zewnątrz jachtu. Ale przy okazji prac w szafce wyszła na jaw tajemnica krótkiego węża prysznicowego. Okazało się, że zerwana jest osłonka węża i ekipa serwisowa, żeby nie wymieniać węża w całości zrobiła prowizorę i założyła  specjalny ogranicznik na wężu, żeby nie dało się wyciągnąć go więcej niż do połowy. Dlaczego – ano urwana osłonka węża uniemożliwia późniejsze schowanie go na powrót do szafki. Jako że w okolicy nie widzę żadnego sklepu, postanawiam prowizorycznie zerwać całą osłonkę z węża do czasu zakupu nowego i zapewne w najbliższym większym mieście kupię jakiś odpowiedni przewód, tym razem dłuższy i z lepszą osłonką. Zamykam szafkę, wycieram podłogę, chowam narzędzia. Pozostały do rozwieszenie na pokładzie świeżo uprane rzeczy oraz napełnienie zbiornika. Z rzeczami idzie całkiem sprawnie. Gorzej z wodą. Okazuje się, że zawór na nabrzeżu ma zepsuty gwint i muszę ciągnąć wodę z miejsca oddalonego o kilkanaście metrów od naszego jachtu. Oczywiście naszego węża nie wystarczy. Odnajduję na kei jakiś inny wąż, ale ten ma za dużą średnicę, żeby połączyć go z naszym. W końcu, po kilku chwilach starań i kolejnej prowizorce udaje się oba węże połączyć i zaczynam na powrót napełniać zbiornik z wodą. Woda ciurka. Ciśnienie nie jest oszałamiające i zalanie ponad 300 litrów wody zabiera nam nam ponad 20 minut. W między czasie można odkręcić tłok pompy toalety i nasmarować wewnętrzny oring wazeliną techniczną. W końcu wypompowywanie posiedzeń z toalety nie będzie budzić pozostałej załogi. Jeszcze tylko uzupełnienie dokumentów portowych oraz uregulowanie kwestii formalnych z mariną i można wyjść na upragnioną kawkę oraz dołączyć do Szerszeni na plaży… tyle że jest już prawie 14 i wszyscy właśnie wrócili na jacht, bo to czas najwyższy na rzucenie cum i wyjście w morze. Tyle było z kawy i piachu na plaży.

Ale nie narzekam. Lubię to. Dzięki temu pomiędzy jachtem a człowiekiem zawiązuje się jakieś mniej lub bardziej bolesne porozumienie:) To nie jest bezosobowy przedmiot, na którym sadzasz tyłek, ale coś żywego, co może cię w ten tyłek kopnąć, jeśli będzie miało taki humor:) Poza tym to nie są prace serwisowe, które trzeba wykonać dodatkowo raz na jakiś czas, ale coś co jest stałą w żeglowaniu:) Jak nie łatasz jednego, to łatasz albo konserwujesz coś innego. C’est la vie.

Rzucamy cumy i tuż za główkami portu okazuje się, że autopilot nie dostaje sygnału od steru, więc odmawia współpracy. Hmm… czyżby znowu usmażył się komputer? Jestem jednak dobrej myśli i nie zakładam, że mamy aż takiego pecha. Przyjmuję, że standardowy trik serwisantów z działu IT zadziała. Zarządzam wyłączenie i włączenie przyrządów raz jeszcze i… działa. Mijamy zatem Cap Gros i kierujemy się dalej na zachód, w stronę Sa Dragonera – wyspy smoczej i dalej na południe w kierunku Palmy de Mallorca. Przy samej wyspie jest pięknie i wieje słusznie. Mamy około 23-27 węzłów, więc trymujemy żagle pod ostry bajdewind i cieszymy się szumem wiatru i fal. Tyle że krótko po zwrocie przez pokład przechodzi huk i w powietrzu widzę szybujący kawałek plastiku. Myślę sobie, że to szot zahaczył o dziobowe okienko i wyrwał zaczep, ale z drugiej strony przed postawieniem żagli sam sprawdzałem, czy wszystko jest pozamykane. Przechodzę na dziób i widzę, że okienka są całe (uff… to byłaby poważniejsza naprawa), ale nie można tego powiedzieć o obciągaczu bomu*. 10 letni bloczek zmęczony przez słońce, wodę i obciążenia został dobity przez podmuchy Smoczej Wyspy i tworzywo trzymające jedną z rolek nie dało rady. Tego niestety nie da się załatać taśmą klejącą i trzeba będzie kupić nowy bloczek w Palmie. Tyle że będziemy tam dopiero w sobotę wieczorem. W niedzielę wszystko jest zamknięte, więc z zakupów nici. Trzeba to będzie uwzględnić w harmonogramie kolejnych mijanych miejsc i liczyć na to, że gdzieś uda nam się kupić odpowiednią cześć.

*Obciągacz bomu nie jest może kluczowy dla żeglugi, ale zdecydowanie wpływa na jej efektywność. Odpowiada za regulację napięcia liku dolnego albo liku wolnego grota i tym samym za możliwość regulowania skrętu żagla. Wiatr nieco inaczej opływa żagiel przy samym pokładzie, a inaczej w górnej jego części. Dlatego kwestia regulacji natarcia całej powierzchni żagla jest istotna. Przy dość wydmuchanym i zmęczonym grocie, którego kształt jest już naprawdę trudny do poprawnego ułożenia, sprawne funkcjonowanie obciągacza jest naprawdę ważne. Szczególnie jak ma się pecha i wciąż pływa się pod wiatr, halsując się na ostrych kursach. Wówczas im lepiej uda się strymować żagle, tym ostrzej i szybciej pod wiatr można płynąć.

Dodaj komentarz