Dzień flauty w drodze na Korczulę i pierwsze delfiny

Polskim sposobem można sobie trochę ponarzekać. Wczoraj fale za duże, dziś za mało wiatru. Ukuło się już na pokładzie nowe powiedzenie na takie narzekanie – za mało pieprzu w pieprzu!

Ruszamy o 9 z zalanego słońcem Hvaru w stronę Korczuli. Kapitan serwuje załodze śniadanie na pokładzie. Zależy mu, by nikt nie osłabł. Wszyscy po wczorajszych falach z nieufnością podchodzą do możliwości swoich żołądków i większość chyba wolałaby sobie na wszelki wypadek darować śniadanie, byleby tylko później nie męczyły ich mdłości. Nie o to jednak chodzi, jeść trzeba niezależnie od fal. Czeka nas dobre 6-7 godzin na wodzie i bez jedzenia nie damy rady, a nawet jak damy radę, to humory nam padną.

Dziś jednak zafalowanie małe i wiatru jak na lekarstwo. Śniadanie tym razem pozostaje w żołądkach 😉
Szerszenie zajmują się ujeżdżaniem fal. Stefan wymyśla opuszczanie lin przez okienko. Pod pokładem robi sieć z wąsów do kamizelek asekuracyjnych. Bawimy się w rysowanie i wyścigi samochodowe, ale największą atrakcją okazuje się zjeżdżalnia pod pokładem dla chłopców i dla autek, która powstaje dzięki przechyłowi, gdy idziemy na żaglach. W którymś momencie na pokładzie ktoś krzyczy, że widać delfiny, więc szybko ściągamy Szerszenie na pokład, by miały radochę. Delfiny nie podpływają zbyt blisko. Czasem potrafią płynąć przy samym jachcie, ale akurat te nie są tak ufne lub mają swoje sprawy. A dziś właśnie zastanawiałam się na głos, kiedy zobaczymy pierwsze z nich, bo z tego co pamiętałam, w Chorwacji wystarczyło odrobinę oddalić się od najbardziej uczęszczanych szlaków, by je spotkać.

Po drodze wykonujemy jeszcze kilka drobniejszych napraw zabawek. Na pokładzie lądują książki, kawki i przekąski, robi się więc dużo bardziej wycieczkowo i wypoczynkowo w porównaniu z wczorajszym dniem. Rozpruwam też sobie rękaw od sztormiaka, bo nie mogę przeciągnąć przez niego ręki w gipsie. Połowy spakowanych rzeczy nie mogę założyć od tak, bez problemu, ale sztormiak, w który nie mogę wcisnąć ręki, już mnie dobił. Nadal się jednak nie poddaję i z gipsem na pokładzie staram się być w pełni samodzielna i  nie narzekać na swój los połamańca, tym bardziej, że nie jestem osamotniona w tej niepełnosprawności.

Mam ambicję, by moja złamana ręka nie była ograniczeniem i staram się robić na pokładzie wszystko, co tylko jest w zasięgu moich możliwości. Dziś jednak ponownie odczułam, jakie gips serwuje mi ograniczenia. Nie potrafię czasem ręki ustawić pod takim kątem, by wykonać jakąś prostą dla innych czynność. Poparzyłam się przy nalewaniu do kubków wody na herbatę. Wiedziałam, że w trakcie płynięcia nie dam rady nalać wody prosto z garnka. Chciałam więc, tak jak i w poprzednich dniach, użyć chochli/wazówki, jednak tak ciężko mi wygiąć rękę pod odpowiednim kątem, że poparzyłam sobie przez to rękę… Ponownie poczułam się bezsilna wieczorem, gdy w Korczuli chciałam zrobić pranie. Pralnia była nieczynna, a ja nie chcę, by ktoś prał moje brudy, więc wzięłam się za to sama. Skończyłam z bolącą ręką, wypranym, ale nie wykręconym praniem i zamokniętym gipsem pomimo gumowej rękawiczki założonej na dłoń.

Ale dość narzekania. Mieliśmy być dziś w Lumbardzie, ale gdy tam popłynęliśmy okazała się, że pirsy są wyłączone z użytku, a muringi wyciągnięte z wody. Cofnęliśmy się do Korczuli, co nam opóźniło robienie obiadu, ale dzięki temu zyskaliśmy cudowny wieczorny spacer po urokliwych uliczkach pośród starych budynków, a Szerszenie nacieszyły się placem zabaw przy marinie. Umiejętność dnia – Stefan nauczył się sam huśtać na huśtawce! Do tej pory nie chciał w ogóle słyszeć o samodzielności w tym zakresie, ponieważ uwielbia mieć widownię i potrzebuje uwagi i zaangażowania osoby towarzyszącej huśtaniu. Zaskoczona pytam więc, kiedy nauczył się sam hustać, a Stefano na to, że przed chwilą! 😀
Na placu zabaw sporo lokalesów. Ktoś zagaduje mnie o imiona chłopców, więc mówię, że Stefan i Gutek, na co pytający z zadowolenie i zrozumieniem wykrzykuje: Gustawo! Stefano! Tak, właśnie tak na nich mówimy 😃

Dodaj komentarz