Dwie Justyny na pokładzie

Wstaję przed dziećmi, by zdążyć na lokalny targ. Docieram tylko na jeden z dwóch zaplanowanych – do Mercato Vucciria, bo czasu na wszystko za mało. Tam, gdzie wczoraj w nocy była zakapiorska ulica, dziś jest kolorowo. Noc nie zdołała ukryć wszystkich wad tego miejsca, a nawet spotęgowała jego ciemny klimat, w myśl powiedzenia, że nocą budzą się demony. Za dnia wszystkie pustostany nikną za to za kolorowymi straganami. Toczy się normalne życie. Ktoś pije kawę przy stoliku na ulicy, inny oprawia ryby, myje ręce w fontannie. Zwykłe sprawy w swojej codziennej odsłonie.

Na straganach głównie owoce, orzechy, alkohol, świeże ryby i owoce morza oraz anchois w dużej ilości. Wiem, że to lokalny przysmak, ale duży stragan jedynie z anchois jest jednak dla mnie zaskoczeniem. Może mają tam po prostu kilka rodzajów, smaków, ale nie mam już czasu o to zapytać. Pomiędzy jedzeniem stragany ze starociami lub chińskiem badziewiem. Nigdzie nie ma za to oliwy z przydomowej produkcji. Liczyłam, że kupię tu taką nie sklepową. Wybieram dla chłopców arbuza, o którego proszą już któryś dzień i chcę kupić jeszcze świeże ryby, jednak gdy podchodzę do jednego z rybnych straganów, wyróżniającego się spośród innych wielką głową miecznika leżącą na wierzchu, sprzedawca chcąc zaprezentować świeżość swojego towaru, uderza nożem po głowie dużą ośmiornicę, by zaczęła się poruszać. To dla mnie zdecydowanie za dużo… Wycofuję się czym prędzej.

Ryby jeszcze kupuję, ale w drodze powrotnej w porcie od rybaków prosto z połowu. Nie potrafią powiedzieć mi po angielsku nazwy tego gatunku, ale bo włosku brzmi to jak „esgombro”, a na oko wygląda mi na makrele. Pamiętam, że jedliśmy je kiedyś w Chorwacji i że były bardzo smaczne. Nawet wtedy portowy kot porwał nam jedną taką patroszoną przy pomoście rybę. Najpierw skuszony został rzucanymi mu resztkami, a później się ośmielił i ukradł całą rybę! Widocznie znał się na jej dobrym smaku 😉

Z dnia niewiele pamiętam. Idziemy na żaglach i tak nas miło buja wiatr od rufy, że choć kładę się jedynie na chwilę, przesypiam pod pokładem ze trzy godziny. Chłopcy w tym samym czasie śpię na pokładzie. Widocznie taki senny dzień. Pogoda się zmienia. Zbiera się na deszcz, ale jest jeszcze ciepło i chmury widać jedynie z daleka. Wychodzę na pokład w momencie, gdy przed San Vito Lo Capo widać już z bliska skałę w kształcie wilka wyjącego do księżyca. Gdy schodzimy z łódki nadal nie pada, choć się już mocno ochłodziło. Szerszenie ciągną jednak na plażę. Idziemy więc budować zamki z piasku, który tutaj przypomina otręby. Miejscami jest drobny, a w innych miejscach grubszy, taki właśnie jak otręby. Ma w sobie dużo białych i różowych ziaren i dzięki temu plaża na styku z morzem wygląda jak różowa wstążka. Niesamowite, że na każdej z tych plaż, na jakich byliśmy przez ostatni miesiąc, za każdym razem był inny piasek, inny kolor lub faktura kamieni, inne muszle. Mamy już sporo nazbieranych skarbów, które chłopcy przynoszą z wycieczek. Pamiętam, że duże różowe kamienie były na plaży w Taorminie, a największe (do tej pory) muszelki w Santa Maria di Leuca, do tego czarny piasek i kamienie z lawy na Wyspach Liparyjskich należą do tych najbardziej charakterystycznych znalezisk.

Wieczorem mamy miłe spotkanie. Odwiedza nas Polka z innej łódki zacumowanej w porcie.
Gdy wpływaliśmy do San Vito, zaraz za główkami portu, z dużej motorówki słyszymy okrzyk: „Ja też jestem z Polski!”. Na pokładzie stoi dziewczyna i do nas macha. Gdy później Zbyszek idzie robić zdjęcia lokalnym małym łódkom rybackim, pięknym, bo zadbanym i kolorowym, rozmawia chwilę z „sąsiadką”. Okazuje się, że nosimy to samo imię. Justyna odwiedza nas wieczorem i spędzamy bardzo miły wieczór rozmawiając o doświadczeniach z pracy na wodzie, porównując swoje wrażenia z odwiedzanych miejsc i wymieniamy się opowieściami o naszych życiach i planach. Okazuje się, że rodaczka, jako kuk na dużej łodzi, ma dostęp do niszowego we Włoszech towaru, jakim jest kasza gryczana – grano saraceno. Nie wzięliśmy z Polski zbyt dużych jej zapasów i ulubiona kasza chłopców już się dawno skończyła. Nawet nie podejrzewałam, że będzie tu taki problem z kupieniem akurat tej kaszy. Myślałam, że będziemy mieli większy problem z dostaniem płatków owsianych, a tu jak na złość płatki wszędzie są, a kaszy nie ma. Dostaliśmy co prawda po długim i usilnym szukaniu dobrą kaszę gryczaną, ale nie jest prażona i jej smak już chłopcom nie odpowiada. Nie ma to jak mieć znajomego szefa kuch na luksusowej jednostce, gdzie nawet mają kaszę gryczaną 😃 Justyna obiecuje mi odsypać trochę i podrzuć jutro rano, gdy będzie wracała z zakupów. Bardzo to miłe!

Dodaj komentarz