Deszcz i bujanie – Falmouth

Piątek na bojce wypełniony był mocnym bujaniem i deszczem. Do północy była cisza. Później zaczęło się rozkręcać. O 2:30 wiało już tak, że się bardzo intensywnie zastanawiałam, czy nam się łódka z boi nie zerwie. Zapowiadane pogorszenie pogody nadeszło i to z niezły impetem. Przez około 2 godziny w nocy nie mogłam spać. Okazało się, że B też czuwał. Wiatr szarpał niemiłosiernie łódką, cumy trzeszczały, jacht walczył na falach. Długo nasłuchiwałam, czy wszystko w porządku, a gdy zasnęłam, to nadal mi się to śniło 😄

W moim śnie jacht zaczepiony był na bojce na bardzo wysokim maszcie, takim jakby maszcie telewizyjnym. Na jego koniuszku, giętkim jak wędka, była właśnie boja, a na niej nasz jacht unoszony na silnym wietrze. Walczył tak samo jak w rzeczywistości, tak samo też trzeszczały cumy. Stresowałam się bardzo, że zaraz zerwie się z tych lin, a B ze stoickim spokojem mnie pocieszał, że najwyżej sobie polecimy… I tak to sny splatają się z rzeczywistością 🙂

Nie dało się za wiele zrobić w ciągu dnia przy tej wichurze. Wiało regularnie ponad 40 węzłów, a w podmuchach o wiele więcej. B wychodził na pokład tylko po to, by sprawdzić cumy i odpalić silnik dla podładowania akumulatorów. Poza tym resztę dnia spędziliśmy w piżamach, ja odsypiając wszelkie zaległości, B pracując przy komputerze, a wieczorem razem robiąc sobie wieczór filmowy. Trzeba przyznać, że dawno nie trafił nam się taki wieczór. Są jednak plusy pogorszenia pogody 😉

A tak serio to przez pogodę utknęliśmy tu do niedzieli rano. Jak się później okazało wiatr, który nas tak wyszarpał zasłużył sobie nawet na nadanie imienia, ponieważ utrudnił funkcjonowanie ludziom na wyspach i z jego powodu odwołano wiele lotów. Nam też pokrzyżował plany. Nie ruszymy się stąd wcześniej niż w niedzielę, bo wiatr zelżeje dopiero w sobotę wieczorem. Wtedy też dotrze do nas Marian i już razem z nim ruszymy na morze. Piotr też przełożył swój przylot na sobotę, ale jak się okazało zaspał na samolot.

Od tej informacji rozpoczynamy sobotni poranek. Czekamy dziś zatem na Mariana i na polepszenie pogody, by móc przeparkować łódkę do mariny, zatankować wodę, naprawić roler i może w końcu wziąć prysznic. Gdy jednak do godziny 13 pogoda nie za wiele się zmienia, stwierdzamy, że musimy wcześniej dotrzeć do miasta, by przed zamknięciem sklepów (bo to sobota) kupić kilka potrzebnych narzędzi i zaprowiantowanie dla załogi. Korzystamy więc z pontonu, by dostać się na brzeg. Biorąc pod uwagę warunki, ubieramy się w sztormiaki i w sumie okazuje się, że prysznic już mamy z głowy… Gdy wysiadamy na brzeg, jesteśmy cali mokrzy… Po drodze wrzucamy brudne rzeczy do pralki i biegniemy szukać w sklepach narzędzi i brytyjskiej banderki. Na koniec wielkie święto – szybki prysznic w marinie z testowaniem męskich łazienek 😉, po czym czyści i pachnący biegniemy coś zjeść. W lokalnej knajpce wybieramy tradycyjnie fisch and chips z piwem oraz mushy peas. Po drodze do mariny mijamy piękne zielone drzwi wejściowe do domu, a na nich kołatkę z żaglowcem Cutty Sark. Zauroczona robię jej zdjęcia i wtedy podchodzi do nas starszy pan stwierdzając, że robię zdjęcie jego drzwiom i pyta, co jest w nich ładnego lub brzydkiego 🙂 B zaczyna z nim rozmawiać i tłumaczy, że ja tak mam, że robię zdjęcia ciekawym drzwiom i kołatkom we wszystkich miejscach, w jakich jesteśmy. Dostajemy nawet zaproszenie do środka, ale nie możemy z niego skorzystać. Spieszymy się, by przeparkować łódkę do mariny i zatankować wodę. Pan z obsługi proponuje, byśmy nie wracali na bojkę, tylko już zostali przy pomoście i tutaj przygotowali się do porannego wyjścia. To by nam wiele ułatwiło, korzystamy więc z propozycji. Zabieramy łódkę z boi, rzucamy cumy w marinie, tankujemy wodę i naprawiamy roler, gdy kończymy, jest już ciemno, a Marian dzwoni, że dotarł do Falmouth. Wychodzimy mu na przeciw, by uściskać starego/nowego załoganta. Dziś w mieście jest duży ruch, w porcie jest koncert i impreza z okazji festynu. Ulice są przyozdobione kolorowymi proporcami i pełne przechodniów. Atmosfera rzeczywiście jest świąteczna i my też w nią powoli wsiąkamy. Wieczór udaje nam się spędzić w zatłoczonym portowym barze o nazwie Chain Locker. B co prawda wraca szybciej do pracy, ale ja z Marianem zostajemy, by cieszyć się chwilą. Wyróżniamy się chyba na tle Brytyjczyków, bo w którymś momencie jednak z siedzących koło nas osób zagaduje mnie, czy jesteśmy z Holandii. No tak, ja blondyna, Marian bardzo wysoki – prawdziwi z nas Holendrzy 😉. Pora jednak spać, po jutro ruszamy z samego rana.

Falmouth, 12-13 października 2018 roku

Dodaj komentarz