Czas odpoczynku i zakupów

Pobudka bez budzika – co za luksus po ponad 3 tygodniach wstawania na wachtę! Co z tego, jak i tak nie mogę za długo spać. Jeszcze pod kołdrą biorę się za wypisywanie kartek pocztowych do rodziny. Wychodzą mi z tego właściwie listy. Brakuje miejsca na kartkach na ten mój słowotok.

Wszyscy na pokładzie jeszcze śpią, więc wychodzę na falochron, by zadzwonić do Bartka. Spaceruję w lewo i w prawo po kolorowych malunkach, podpisach i flagach, które gęsto zdobią szary beton nabrzeża. Niesamowicie to wygląda. Tylu żeglarzy z tak wielu krańców świata zostawiło tu swój ślad. Znajduję nawet dwa polskie wpisy na tle białoczerwonych flag. Jeden z nich na pamiątkę samotnego przekroczenia Atlantyku. Też chciałabym się tutaj podpisać, zaznaczyć, że też przepłynęłam Atlantyk i totarłam do tej mekki żeglarzy, ale moja załoga zostawia mi w tej kwestii wolną rękę. Bolek mówi, że już się gdzieś kiedyś podpisywał. Jeśli uda mi się tanio dostać małą puszkę farby, to będę chciała przyczynić się do dalszego ozdabiania falochronu 🙂

Zanim reszta załogi wstanie, zdążę godzinę przegadać z Bartkiem i zrobić pranie. Przed kolejnymi przyjemnościami, obowiązki, zatem zanim ruszamy z Bolkiem na śniadanie do portowego baru, dzięki wodoodpornej kamerze GoPro sprawdzamy, czy nie mamy czegoś na lewej śrubie. Było takie podejrzenie, a dzięki kamerze zanurzonej w wodzie na długim wysięgniku mogliśmy to sprawdzić bez konieczności nurkowania w zimnej wodzie, która tu ma 16 stopni.

Po śniadaniu, któremu rozmiarami i składem bliżej do obiadu (bifana + frytki + piwo, ale co by było i śniadaniowo, także kawa) nadrabianie zaległości internetowych. Zamieszczam na mammasailing wszystkie spisane podczas płynięcia przez Atlantyk wspomnienia z dziennika podróży. Ania w tym czasie przesyła sobie ode mnie z telefonu zdjęcia i filmiki z podróży.

Główny plan na dziś, to uzupełnienie wyposażenia, dokupienie żeglarskich szpejów, lin, smarów, wymiana butli gazowej i zakupy spożywcze. Większość sprawunków możemy załatwić w sklepie niedaleko mariny, po inne wybieramy się w okolice pięknego skweru-parku z czerwoną ozdobną altaną otoczoną ogromnymi drzewami. Zauważyłam, że tutaj wszystkie drewniane ławki, kosze na śmieci i właśnie ta parkowa altana malowane są na ten sam kolor czerwieni. W parku ciekawostka – mała ptaszarnia z pawiami i otoczony kamieniami staw z mostkiem oraz wyspą dla ptaków. Pięknie to wszystko urządzone.

W drodze zaglądamy w każdy taki ciekawszy kąt starając się chociaż w międzyczasie pozwiedzać, zobaczyć coś ciekawego, ale robi się coraz później, a nas czeka jeszcze wyprawa do odległego marketu i duże zakupy. Nie odpuszczamy także okazji do tego, by zobaczyć coś ciekawego i nadkładamy z Bolkiem drogi, by z perspektywy wzgórza podziwiać widok na Porto Pim, dwa wzniesienia i rozpościerającą się u ich stóp zatokę z plażą.

Maszerujemy sami z Bolkiem. Ania dziś już z nami niczego nie załatwia. Organizuje sobie dalszą część podróży, ponieważ jutro schodzi z łódki, a my płyniemy dalej sami.

Market jest naprawdę duży i doskonale zaopatrzony. Przed długi czas nie mogę się nadziwić ilości świetnych warzyw i owoców, choć przecież w PL na co dzień widuję takie rzeczy pod samym domem na Rynku Łazarskim. Wybór produktów powala mnie na kolana, raz że jest to tak odmienne od marnej jakości produktów na Karaibach, dwa, że jest tu też trochę odmiennych rzeczy od tych znanych z PL, np. wiele ciekawych dżemów z pomidorów, fig, pomarańczy, dyni, marakui czy np. z batatów! Kupujemy ze trzy najciekawsze, a także lokalnego ananasa, bo Azory są z nich znane, pyszny lokalny ser i wiele innych smakołyków dla umilenia sobie rejsu. Biorąc pod uwagę mój apetyt i to, co kupiliśmy, to chudsza z tego rejsu nie wrócę 🙂

Nie ma najmniejszych szans, byśmy sami donieśli te zapasy na łódkę. Do mariny jest naprawdę daleko, a i bez wózka w ogóle nie damy sobie rady. Market co prawda oferuje transport przy zakupach powyżej 150 euro, ale nie o tak późnej godzinie i nie w weekend, a więc i nie dziś i nie przez kolejne dwa dni. Zamawiamy więc taksówkę i jest to świetna decyzja, bo taryfiarz podwozi nas pod sam jacht 🙂 Wystarczy tylko przełożyć torby z zakupami z nabrzeża naburtę i wszystko szybko i zgrabnie zaształować na jachcie.

Czeka nas jeszcze wyjątkowo świąteczny wieczór jak na zmęczonych żeglarzy przystało. Idę z Bolkiem na kolację w restauracji, gdzie jedzenie samodzielnie się opieka na kamieniach z lawy! Jesteśmy w końcu na wyspach wulkanicznych i jest to tutejsza atrakcja. Nigdy nie jadłam jedzenia przygotowanego w ten sposób, za to uwielbiam wulkaniczne kamyki, nawet te leżące na ulicy i zawsze zachwycam się ich kolorem i porowatą strukturą. Budzi się we mnie wtedy prawdziwe dziecko. Zbieram go kieszeni wszystkie, które mi się spodobają, a w domu mam ich przecież sporo jeszcze z wulkanicznych Wysp Liparyjskich 😀

Siadamy przy stoliku ze specjalnego, afrykańskiego drewna Mongo, pod dużym półokrągłym onem z widokiem na port i wybieramy zestawy kilku mięs oraz ryb. Niedługo potem na drewnianych podkładkach przed nami kelner kładzie płaskie niesamowicie gorące, ciemne kamienie. Na nich, bez użycia oliwy kładzie się wybrany kawałek mięsa lub ryby. Nie dość, że jedzenie jest pyszne, a lokalne ryby i krewetki naprawdę wyjątkowe, to w trakcie tego niesamowitego przygotowywania posiłku można się naprawdę ugrzać! Nawet wtedy, gdy już się uzna dany kawałek za wystarczająco upieczony i zdejmie się go z kamienia na metalowy tależ tuż pod nim, to jedzenie nadal zachowuje wysoką temperaturę dzięki bliskości rozgrzanego kamienia i temu, że metalowy talerz częściowo przejmuje od niego temperaturę. To prawdziwy posiłek dla zmarzniętych żeglarzy! Sycący i gorący! Mojego szczęścia dopełnia sałatka i wino 😀

Rozmawiamy przez chwilę z Polakami, którzy siedzą stolik obok nas. Mama i syn mówią, że wracają tutaj już czwarty dzień z rzędu, bo jedzenie na tych kamieniach tak im się podoba. Ona także skipper, choć na co dzień mieszka we Włoszech. On z Wiednia, raczej niezainteresowany żeglarstwem. Wspólnie spędzają tu czas na treckingu po wulkanach. Na pożegnanie wymieniamy kontakty do siebie i polecamy nawzajem swoje usługi 🙂

Co zrobić dalej z tak miło rozpoczętym wieczorem? W drodze powrotnej zaglądamy jeszcze do Cafe Peter Sport. Trwa koncert. Gitara, harmonijka ustna, tamburyn przyczepiony do buta i świetny głos, a to wszystko łączy jedna osoba muzyka. Występ trwa od dawna. Zgromadzeni wewnątrz są już rozruszania i mimo braku miejsca tańcują, gdzie się da 🙂 Jest trochę country, trochę rock & roll’a, sporo szlagierów. W sztormiakach, z …ginem w ręku, dołączamy do imprezy 🙂

Jutro jednak dzień wypłynięcia. Przy wtórze dziwacznych dźwięków wydawanych pośród nocy przez kagaru (posłuchajcie go na YouTube – naprawdę warto!), wracamy do portu. Od rana kilka ostatnich sprawunków, pora więc na nas i na zakończenie tego wyjątkowo świątecznego wieczoru. Zregenerowaliśmy siły, pora ruszać dalej! Czas do moich Miśków!

Dodaj komentarz