Castello Castellar

Któregoś dnia Bolek rzuca, że piątek jest dniem postnym. Pytam go, co dla niego znaczy postny dzień i gdy mi odpowiada, że dzień bez mięsa, z trzeba lekkimi posiłkami, ale bez podjadania, to kulam się ze śmiechu i rzucam wyzwanie, że jak chce mieć postny dzień, to zróbmy to jak należy, na wodzie. Bolek podejmuje wyzwanie!

Na dzisiejsze zwiedzanie – i tak nie mamy co robić, bo dziś w Hiszpanii jest dzień wolny i stocznia nie pracuje – wybieramy wyprawę w góry. Bolek ma rację, że w Tarifie miło by było coś zjeść, a na głodzie lepiej jechać w teren. Wybieramy miejsce, które proponował Eryk – Castello Castellar. Wygląda ciekawie i jest niedaleko.

Droga, którą jedziemy jest bardzo kręta, pośród przepięknej roślinności, starych drzew i skałek poukrywanych pomiędzy nimi. Bolek prowadzi, więc ja mogę się cieszyć widokami. Zamek widać już z daleka. Zbliżamy się do niego z każdym ostrym zakrętem po pnącej się pod górę drodze i żałujemy, że nie mamy do dyspozycji dwóch skuterów lub motocykli, na których droga ta byłaby jeszcze bardziej przyjemna.

Zamek jest jednym z piękniejszych miejsc, jakie ostatnio widziałam. Przypomina mi trochę klimat wyspy Christianso koło Bornholmu. Dużo tu pięknie zaaranżowanych zaułków, ozdób w okiennicach i wejściach do domów oraz czegoś, co zawsze budzi moją fascynację – ciekawych drzwi w wyjątkowych barwach. Część z nich ma piękne kołatki, inne porośnięte są bluszczem. Jestem zauroczona tym miejscem. Przysiadamy w jednej małej knajpce przy stole z drewna korkowego i popijamy kawę podawaną tutaj trochę jak po marokańsku, w szklankach.

W trakcie zwiedzania mamy jeszcze dwie atrakcje. Szukamy skrytki geocachingowej na balkonie, ale nie udaje nam się jej znaleźć, za to w jednym oknie znajdujemy pięknego ptaka. Najpierw wydaje nam się, że to sokół, ale jego właściciel tłumaczy, że to orzeł. Bolek pyta, czy możemy go dotknąć, ale podobno wsadzenie ręki za drzwi, za którymi ptak siedzi, może skutkować obrażeniami na ciele, bo drapieżnik może bronić swojego terenu. Mogę go za to na zewnątrz potrzymać na ręku na specjalnej rękawicy i wtedy daje się nawet pogłaskać po dumnie wypiętej piersi i niesamowicie miękkich i gładkich piórach.

W drodze do zamku mijaliśmy parking, gdzie można było zostawić samochód i ruszyć ścieżką w stronę jeziora. Zamierzaliśmy to zrobić w powrotnej drodze po zwiedzaniu zamku, ale z balkonu, gdzie szukaliśmy skrytki widziałam, że pojedyncze dróżki prowadzą do wody także z innej strony. Namawiam Bolka, byśmy nimi spróbowali dojść do jeziora. Jak się okazuje unikamy tym sposobem turystycznego ruchu i idziemy magicznym lasem pośród starych korkowych drzew, bluszczu, eukaliptusów o gładkiej jak skóra korze i palm. Jest magicznie. Bolek stwierdza, że na polanie przed nami pewnie zobaczylibyśmy rusałkę, gdybyśmy tylko podchodzili wystarczająco cicho. Ja za to stwierdzam, że tutaj muszą żyć driady i dla potwierdzenia wdrapuję się na jedno ze starych drzew pełnego dziupli, w których zgromadziła się woda. Bolek idzie w moje ślady i siedzimy tak sobie wysoko nad ziemią z widokiem na polanę.

Do wody mamy jeszcze kawałek. Uzgadniamy, że jeśli nie dojdziemy do niej w pół godziny, to zaczniemy odwrót, ponieważ dzień już się powoli kończy, a przed nami jeszcze długa droga powrotna. Nie musimy jednak odwoływać naszych planów. Jezioro jest bliżej niż się spodziewaliśmy. Cieszę się, że mogę po wędrówce skalistą ścieżką wymoczyć stopy w wodzie. Znajdujemy nad brzegiem wystarczająco płaski, wygodny kamień, by na nim przysiąść i na spółę popijamy przyniesione ze sobą piwo. Z jednej strony mamy widok na jezioro, z drugiej strony na zamek. Oj, udała nam się ta wycieczka!

Czeka nas jednak jeszcze droga powrotna, która dostarcza sporo emocji. Najpierw decydujemy się na powrót inną drogą, wzdłuż jeziora do parkingu, z którego pierwotnie chcieliśmy wyruszyć, ale zdajemy sobie sprawę, że gdy tam dojdziemy, będzie już naprawdę późno, a jeszcze będzie nas czekała daleka, asfaltowa droga pod górę po ciemku, być może między wracającymi z zamku samochodami. Nie mogąc się zdecydować, czy ruszyć wyschniętym korytem strumienia prosto pod górę czy może jednak bezpieczniejsza ścieżką dookoła jeziora, rzucamy monetą. Wypada na strumień. I co z tego, gdy w którymś momencie koryto tak się zwęża, że nie możemy się przecisnąć pod rosnącymi nad nim krzakami. Kluczymy idąc pod górę, zawracając i szukając innej drogi wszędzie tam, gdzie nie możemy się przebić przez gąszcz roślinności. Napotkany po drodze płot jest tak naprawdę najmniejszą przeszkodą. Liczymy, że idąc tędy skrócimy sobie drogę, a wchodzimy na teren, który wygląda jak pastwisko i mamy rację. Pośrodku dużej łąki, ponad nami, stoi biały koń. Z tej perspektywy i przy zachodzącym słońcu wygląda jak jednorożec! Idąc w jego stronę staramy się mówić spokojnie, tak by się nie spłoszył, ale i tak na początku zachowuje się nieufnie. Może nie reaguje negatywnie, ale nie chce do nas podejść, a i my traktujemy go z dystansem, to w końcu zupełnie obcy koń, nie wiadomo, jak zareaguje na nieznajomych mu ludzi na swoim terenie. Po jakimś czasie jednak zbliża się i wącha mi rękę, ale pierwszy ruch jest z jego inicjatywy. Ostatecznie daje się nawet pogłaskać po głowie i zachowuje się przyjaźnie. Co ciekawe, gdy ruszamy dalej pod górę i zostawiamy go w spokoju, rusza za nami. Zabawny jest 🙂 Towarzyszy nam, jakby chciał powiedzieć, ejejej, dokąd idziecie? teraz to już Was polubiłem i jesteście moim stadem 🙂 Zostawiamy go za kolejnym płotem, przez który przeskakujemy. Jeszcze przed nami stroma droga pod górę, ale tym razem już szeroka i asfaltowa, za to z widokiem na zamek.

Tak to nam się wycieczka udała z tyloma atrakcjami, niesamowitymi widokami i zwierzętami napotkanymi pod drodze. Powtarzam, gdybym tylko wiedziała, że na tym rejsie przez ocean tyle będzie chodzenia po górach, to wzięłabym ze sobą lepsze górskie buty 😉

Tak jakby za mało było nam dziś chodzenia, wracamy do stoczni, zostawiamy samochód na parkingu i ruszamy do Algesiras na piechotę, a to dobre pół godziny marszu! Chcemy jednak zobaczyć jeszcze dzisiejsza procesję. Hiszpańskie wyczucie czasu nam sprzyja. Obchody zaczynają się zawsze dopiero koło 23, więc zdążymy. Co ciekawe, czekał na nas widok nie jednej, a aż czterech procesji. Ta z całą sceną z kilkoma figurami przedstawiająca zdjęcie Jezusa z krzyża odbywała się w ciszy, za to trzy pozostałe tak jak to wcześniej już widzieliśmy, przy dźwiękach orkiestr dętych. Nieplanowanie przez tę liczbę procesji nasz dzień się jeszcze wydłużył i właściwie byliśmy w mieście jeszcze w godzinie, w której minęła doba naszego ścisłego postu na wodzie. I tak jak do tej pory nie mięliśmy problemu z głodem, nawet w trakcie intensywnego treckingu, tak teraz zapachy z knajpek kuszą różnymi smakołykami. Jesteśmy już jednak na tyle zmęczeni, jest tak późno i tak bardzo mamy skurczone żołądki, że decydujemy się na rioję z pysznymi oliwkami na przystawkę. To był naprawdę udany dzień! Miło było rozruszać zastane podczas żeglowania mięśnie i zwiedzić piękną Andaluzję. Demotywujące uczucie stania na lądzie udało nam się przekuć w bardzo pozytywne doznania.

Dodaj komentarz