Cádiz

Cadiz to kolejne miasto przeciwieństw/sprzeczności. Pełne jest pięknych kamienic budowanych w tym samym stylu z wystającymi poza obrys budynku balkonami i najpiękniejszymi wejściami do domów, jakie widziałam. Już pomijam moje zakręcenie na punkcie drzwi, bo rzeczywiście są tu one piękne, ale podobne widywałam już w innych miastach. Tutaj jednak, gdy tylko masz okazję otworzyć któreś z tych wyjątkowych wrót lub zajrzeć za te już uchylone, możesz podziwiać przepiękne klatki schodowe wyłożone malowaną ceramiką. Jasne, takie zdarzały się też i w innych miejscach, ale tutaj, w Cádiz są one prawie za każdymi drzwiami, za które uda nam się zajrzeć. Wzory na płytkach, przynajmniej na tych, które widziałam, nie powtarzają się. Tylko jedne przypominają te, które widziałam na Gibraltarze. To nie koniec uroku tych wyjątkowych domów. Wchodząc z ulicy najpierw mijasz drewniane duże drzwi, nad którymi często znajduje się wykute z metalu półokrągłe zdobienie, swojego rodzaju portal. Przechodzisz do zdobionego wzorzystymi płytkami przedsionku i stajesz przed piękną, kutą bramą, która broni wejścia na dziedziniec domu ozdobiony kwiatami, a czasem rzeźbami. Ten schemat z niewielkimi modyfikacjamj powtarza się w każdej kamienicy, do jakiej udaje nam się zajrzeć. Nasza poznańska piękna klatka schodowa jednak nie umywa się do tego, co jest tutaj.

Widać, że Cádiz jest najstarszym miastem w regionie. Na każdym kroku odczuć można jego bogatą historię. Poczuć można jednak jeszcze coś innego – wszechobecny zapach moczu… Trudno powiedzieć, czy to mocz ludzki, czy zwierzęcy. B bez ogródek stwierdza, że śmierdzi  tu jak w ZOO. Gdy szliśmy z mariny do miasta i mijaliśmy puste i zniszczone kolumnady i podcienia, tam też czuliśmy ten zapach. Obstawialiśmy jednak, że kolumny obsikują liczni wędkarze łowiący na falochronie. Jednak tutaj w mieście raczej nikt nie sika gdzie popadnie, chyba że w nocy po imprezie. Za dnia widać jednak dużo osób z psami. Każda z nich, obok woreczka do sprzątnięcie kupy (oby u nas było więcej takich osób) ma ze sobą pojemnik jak po płynie do naczyń lub spryskiwacz i polewa lub spryskuje jakimś płynem obsikane przez pupila miejsce. Widać tutejszym też przeszkadza ten zapach, a może władze miasta wprowadziły jakieś odgórne regulacje nakazujące nie tylko sprzątać kupy, ale i neutralizować mocz?

Efekt tego wszechobecnego polewania jest taki, że wszędzie i tak niemiłosiernie śmierdzi moczem, a każdą kałużę czy rozlaną na ulicy wodę traktuję już i tak jak siuśki, choć może wcale nimi nie są 🙂

Życie w Cádiz toczy się wokół pięknych placów. Często są na nich kwitnące na fioletowo drzewa, które pierwszy raz widzieliśmy w Cagliari na Sardynii. Trafiamy też do parku-palmiarni. Tak je nazywam od czasu, gdy zobaczyłam coś podobnego w Maladze. Drzewa, które w nich rosną są dobrane, wyjątkowo ładne, często kwitnące i nie są to „zwyczajne” palmy, które można spotkać na każdym kroku. Tu rośliny mają swoje nazwy wypisane na tabliczkach. W Maladze też tak było. Gdy podziwiamy kształty pni, kolory kwiatów i ich zapach, stwierdzamy nagle, że pośród gołębi „pasących się” na trawie są też papugi! Całe stadko pięknych zielonych papug!!! 🙂

Jedną z największych atrakcji dla nas w Cádiz jest jednak Atlantyk. Z góry, ze ścieżki spacerowej nad zatoką widzimy jego duże, długie fale. Gdy schodzimy na plażę okazuje się, że rozlewają się one daleko w głąb lądu płytką wodą. Plaża pod skarpą jest chroniona przed wiatrem. Jest tu ciepło i prawie bezwietrznie, piasek na plaży jest drobniutki, a woda w Atlantyku wydaje mi się cieplejsza nawet od tej na Morzu Śródziemnym przy Balearach 🙂 A może to jedynie moje pozytywne nastawienie 🙂

Nie pozostaje nam nic innego, jak do niej wskoczyć. Jesteśmy jednak zupełnie nieprzygotowani do plażowania, ponieważ rano było pochmurno i zimno. Teraz na plaży upał, ale to nie zmienia faktu, że nie mam przy sobie ani kostiumu ani ręczników.

Chłopcy zostają w majtkach. Ja chwilę się waham. Pomocny w podjęciu decyzji okazuje się rzut oka na plażę. Nie ma tu rewii mody. Połowa kobiet ma na sobie tylko dół od kostiumu, a czasem nawet jest to bielizna. Już się nie krępuję, tylko wskakuję z Szerszeniami do wody. Kąpiel w Atlantyku jest cudowna, woda ciepła. Stefan cały czas chce skakać przez fale, Gutek szybciej marznie. Bawimy się jeszcze w wyszukiwanie ciekawych muszli pomiędzy kamieniami w oczkach wodnych pozostałych po odpływie i powoli wracamy do mariny. Dziś czeka nas naprawdę daleka droga. Zdarzało nam się stać dużo bliżej miasta 😉 Tutaj nie mamy tak dobrze.

Po drodze zahaczamy jeszcze o płac zabaw i dwie knajpki. W jednej posiłek przy deptaku pomiędzy pięknymi kamienicami, w drugiej deser. Zamawialiśmy co prawda tartę z kawą, ale widocznie po hiszpańsku tarta ma więcej wspólnego z tortem, bo dostajemy prawdziwy czekoladowy tort z kremem 🙂 Nie spieszy nam się, zostajemy tu dłużej, bo siedzimy pod piękną katedrą, a chłopcy mogą swobodnie pobiegać na placu przed nią.

Cádiz to na pewno jedno z piękniejszych miast na naszej trasie. W skali smrodu mogłoby konkurować z Palermo, tyle że włoskie miasto oferowało szerszy wachlarz dziwnych zapachów 😉 Dla nas Cádiz jest ostatnim miastem w Hiszpanii. Przed nami już tylko i aż Portugalia ❤

Planujemy wypłynąć kolejnego dnia rano i płynąć przez całą dobę. Poranne wyjście w morze co prawda zupełnie nie wypala, bo Piotr chce zrealizować plan uknuty z Szerszeniami w „bazie” i nie dość, że przemierza z samego rana jeszcze raz długą drogę do miasta, to jeszcze czeka na otwarcie sklepów. Przy okazji uzupełnia naszą lodówkę, ale gdy wraca, jest już południe.

Ruszamy jak najwcześniej nam się udaje i spędzamy cały miły, żeglarski dzień w morzu. Dziś nie jest już tak ciepło. Na pokładzie z powrotem pojawiają się sztormuaki i ciepłe czapki, choć nadal zaklinamy pogodę krótkimi spodniami. Wracają też nasi starzy towarzysze, których dawno nie było. Najpierw na mojej wachcie za dnia, gdy stoję za sterem, do prawej burty podpływają delfiny. Idziemy w dużym przechyle i wydaje się, jakby delfiny skakały nam nad burtą. Wracają później przed świtem kolejnego dnia. Miło jest znowu je widzieć. Tym razem to już delfiny atlantyckie 🙂

Szerszenie cały dzień składają swoje nowe zestawy Lego. Z tego powodu idą bardzo późno spać, a i tak nie udaje im się skończyć. Musimy ich długo namawiać, by przełożyli przyjemność na kolejny dzień. Chcemy ich w końcu położyć, by już nie przeginali z godzinami chodzenia spać, ale też dlatego, że przed nami noc w morzu i potrzebujemy trochę spokoju i odpoczynku.

Umawiamy się na trzygodzinne samotne wachty, ale system nam się sypie. Najpierw z powodu dzieci, które nie chcą iść spać, później wpływamy na ogromne łowisko z mnóstwem kutrów i Piotr przy zmianie wachty nie chce mnie zostawiać samej, do czasu, gdy ich nie wyminiemy.  Halsujemy się przez kolejne trzy godziny, nie ważne, że na drodze podejściowej do portu. Nic i tak większego teraz tu nie płynie, kutry i tak łowią na środku tej drogi, a my się śmiejemy, że chociaż mamy co robić, by nie zasnąć na wachcie i nie marznąć. Gdy B nas zmienia, mówię Piotrowi, że teraz powinnam się zrewanżować i wstać za trzy godziny na jego wachtę, by mu pomóc, ale nawet nie słyszę budzika. Nie słyszę go także o 7:45, gdy powinnam wstać na swoją zmianę…

1 reply to Cádiz

Dodaj komentarz