Brindisi


Warning: file_get_contents(http://www.linkedin.com/countserv/count/share?url=http://mammasailing.pl/brindisi/&format=json): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/pilcrow/domains/mammasailing.pl/public_html/wp-content/plugins/tk-social-share/tk-social-counter.php on line 145
Leżałam w łóżku i czułam jak wiatr stale narasta. Fale robiły się też coraz mniej przyjemne. Chłopcy spali. O 8 miałam wyjść na wachtę, ale pomimo tego, że od 4 budziłam się co godzinę, nie wstałam. Liczyłam na to, że Zbyszek i Marian stawią się na pokładzie, a po mnie zajrzą, gdy będę potrzebna. Chciałam, by chłopcy się wyspali. Wiedziałam, że kiedy ja wstanę, to i oni się obudzą, a wtedy i tak nici z mojej wachty na pokładzie, bo będę musiała się nimi zająć i zrobić śniadanie. Stefan potrzebuje teraz wypoczynku.

Funkcjonowanie na jachcie idącym w dużym przechyle pod żaglami w ogóle jest trudne, a z dziećmi dwa razy trudniejsze. Starałam się więc opóźnić pobudkę Szerszeni.

Po dwóch tygodniach życia na pokładzie, gdy nie jest to jedynie rekreacyjne pływanie, mam już pewne spostrzeżenia co do minusów organizacji życia na jachcie w dłuższej perspektywie, ale o tym innym razem.

Poranek wydawał się ciągnąć w nieskończoność, ale to szaro-bure chmury sprawiały wrażenie, że nadal jest wcześnie. Koło południa widzieliśmy już wyraźnie portowe zabudowania i gdy zaczęliśmy mijać ogromne promy, frachtowce i holowniki, wyciągnęłam Szerszenie na pokład, by mogły obserwować życie portu. Stefan teraz powinien leżeć w łóżku ze względu na ospę, ale nie sposób utrzymać go w koi. I tak dziś do południa udało się ich zająć pod rozkołysanym pokładem, dzięki czemu tym bardziej byli zachwyceni widokiem tego, co widać z deku. Stefan wypatrzył nawet holownik dokładnie taki, jak w swojej książce z serii Mądra Mysz. Jedna z nich „Mam przyjaciela marynarza” opowiada o kapitanie pracującego w porcie holownika, a tu mieli okazję na żywo obserwować pracę takiego statku.

Mijamy portowo-przemysłową część i dopływamy do kei miejskiej, by odprawić się w kapitanacie. My zmęczeni i brudni, po dobie w morzu, co po nas widać, a na brzegu gra muzyka 🙂 W knajpkach i kawiarniach toczy się życie. Jak na zawołanie wychodzi słońce, a my zaczynamy w upale wypływać ze swoich sztormiaków i wysyłamy desant po lody.

Kapitan z Admirałem znikają w kapitanacie na dobrą godzinę. Gdy wracają, nie mogą powstrzymać się od śmiechu. Policja nie bardzo wiedziała co zrobić z takimi nadgorliwcami, którzy im zepsuli tak miłe popołudnie papierkową robotą. Wychodzi na to, że lepiej i mniej problemowo byłoby w ogóle nie odprawiać się w kapitanacie, ale przecież o tym nie wiedzieliśmy. Jak zwykle chcieliśmy być bardziej poprawni niż trzeba było, a przynajmniej bardziej niż włoski brak reguł to przewidywał 😉

Zmieniamy miejsce postoju tym razem nie na marinę, a na port przy Starym Mieście, tuż przy zamkniętym wojskowym akwenie, by mieć dobrą bazę wypadową do spacerów. Szykujemy obiad, łowimy ryby, zabieramy Szerszenie na karuzelę, którą przed wieczorem uruchamiają na wprost zejścia z naszej łódki.
Gdy z niej wracamy, Bartka zgarnia jakiś policyjny patrol w samochodzie. Okazuje się, że to mundurowy z komisariatu, w którym chłopaki starali się załatwić formalności związane z odprawą załogi. Fantozziemu (jak go nazywa Piotr) przypomniało się, że nie poprosili B o podpisanie jakiegoś dokumentu. Zreflektował się i z kumplem musieli objechać spory kawałek miasta, by nas odnaleźć w jednej z tutejszych marin i portów ?

B opowiadał, że uznanie w ich oczach wzbudził fakt, że drugie imię Gustawa to Enzo. Poznali w nim swojaka, a i Gutek ich wyluzowanie ma już w genach, o czym wiemy nie od dziś.

Siedzę na jachcie na deku i piszę. Na tle starych murów miejskich odbijają się kolorowe światełka karuzeli. Po nabrzeżu przechadzają się wystrojeni Włosi. Nawet jeśli są ubrani niby niedbale, to i tak widać, że na swoją stylizację poświecili trochę czasu. Większość strojów jest tu dobrana z dbałością o szczegóły, dodatki, takie jak torebki czy zwykłe okulary przeciwsłoneczne. Nawet jeśli czasem mniej lub bardziej kiczowaty, to jednak strój musi być pokazowy. Kobiety robią na mnie wrażanie swoimi garsonkami. W sumie nie powinnam się dziwić. Przecież pamiętam, że Włosi nawet na nartach potrafią nosić złote plecaczki, pełny makijaż, stylowe okulary i tonę żelu na włosach odpornego na każde warunki atmosferyczne. Oj, wygląd tutaj naprawdę ma znaczenie ? Za to wszyscy mężczyźni kopcą jak lokomotywy. Czy to taki sposób na pozowanie na macho?

Pod pokładem życie toczy się swoim torem, od uzgadniania ulepszeń na jachcie i w związku z tym listy rzeczy do zorganizowania na jutro, po godzinę wypłynięcia i plan najbliższej trasy. Szerszenie bawią się, robiąc większy bałagan na łódce niż wszystkie fale jakie ją ostatnio wytarmosiły. Czeka na nas w kajucie totalny kipisz i keczupowe morderstwo w łazience, po tym jak któryś z chłopców niezauważenie zorganizował tam rozpruwanie butelki z ulubionym sosem.

Jeszcze nikt nie rusza na spacer do miasta. Wszyscy siedzą na pokładzie, który teraz wydaje się przyjaznym domem w porównaniu do tego pochylonego, rozkołysanego korka tańczącego na falach z dzisiejszego poranka. Teraz nareszcie można tu spokojnie posiedzieć, bez ciągłego łapania równowagi i możliwości podparcia.
Czas na spacer będzie jeszcze w nocy lub jutro rano. Na pewno nie odpuścimy zwiedzania Brindisi.

Dodaj komentarz