Awaria silnika – Gibraltar

Znowu poszłam bardzo późno spać. Po intensywnym dniu, długim kładzeniu dzieci spać i zwolnionym komputerze dopiero koło północy (pamiętacie, że po tym, jak B padł komputer, dzielimy się jednym), piszę bloga i uzupełniam Instagram do 2 w nocy, a i tak nie zamieszczam zdjęć do wpisu, bo internet działa tu tak, jakby w ogóle go nie było. I tak już często przełączam się w trakcie rejsu na osobisty roaming, ale mój pakiet danych dawno się wyczerpał, a rachunek opiewa już na zbyt dużą kwotę, by znowu skorzystać z tej opcji. Do czasu, gdy jesteśmy na Gibi, więcej zdjęć nie będzie.
Rano głównie szykujemy łódkę do wypłynięcia. Za dwa dni chcemy być w Kadyksie, a dziś po 12 mamy odpowiednie warunki do przejścia Cieśniny Gibraltarskiej w kierunku zachodnim. Chłopcy bawią się na pomoście w strzelanie wodą ze swoich pompek wodnych w kształcie mieczy. Dziś jest dużo cieplej niż wczoraj i mniej wieje.

Młodzi mają jeszcze poranne zajęcie – rysują obrazki na kartkach pocztowych dla kolegów, ja uzupełniam adresy, a Piotr przy okazji zakupów w mieście ma je wysłać. Gdy załoga jest już na pokładzie w pełnym składzie, chcemy rzucić cumy, zatankować jeszcze paliwo w stacji w marinie obok i przepłynąć wyczekany Gibraltar 🙂 Zamówiłam sobie z tej okazji ściągnięcie filmu „Das Boot”, tak naprawdę jedynego, ale naprawdę dobrego filmu, który kojarzy mi się z Gibraltarem, ale tutejszy internet nie pozwalił nam na jego obejrzenie. Swoją drogą, znacie inne filmy związane z Gibraltarem? Chętnie poszerzę o nie listę „do obejrzenia”.

Żegnamy Gibi, rzucamy cumy i wypływamy, tylko co z tego, jak okazuje się kawałek dalej, że silnik nie zwiększa obrotów. Można zmieniać bieg do przodu i do tylu, ale przez to, że nie można zwiększyć obrotów, płyniemy w kierunku wyjścia z portu w żółwim tempie. Robi się stresująco. Dziś słabiej wieje, ale co z tego, jak nasza manewrowość jest marna, a wiatr robi swoje. Na wodzie robimy szybki przegląd tego, co mogło się popsuć, ale wygląda na to, że choć usterka nie jest poważna, to dziś jednak musimy się pożegnać z przepłynięciem cieśniny.

Zawracamy i rzucamy cumy w tym samym miejscu. Udało się to zrobić całkiem sprawnie, choć wiatr chciał nam posuć szyki. Jeszcze jeden przegląd tego, co mogło się zepsuć i choć mniej więcej wiemy, w czym może tkwić problem, to sami i tak tego nie naprawimy. Nie mamy ani części na wymianę, ani odpowiednich narzędzi. Musimy iść do biura mariny, by skontaktować się z mechanikami. Gdy w ciągu godziny docierają do nas na jacht, potwierdzają naszą diagnozę. Mają czas na naprawę, części dostępne w najbliższym sklepie, ale i tak już dziś nie wypłyniemy. Optymalne warunki na przejście cieśniny dawno minęły, a my po pierwsze musimy mieć sprawny silnik, po drugie nie chcemy przechodzić przez Cieśninę Gibraltarską nocą. Kolejne okienko na wyjście i sprzyjający prąd będziemy mieli jutro popołudniu. Zatem zostajemy tu do jutra. Mechanicy po trzech godzinach intensywnej pracy kasują nas na 226 euro… Nawet nie wiem, czy to dużo czy mało, bo wszystko tu jest piekielnie drogie (poza paliwem, alkoholem itp.).

Co mogłam zrobić, to zrobiłam, w czym mogłam pomóc, pomogłam. Siadam zatem na dziobie, by uzupełnić zaległości w blogu. Niestety pisanie na telefonie nie idzie mi zbyt szybko, a komputer zajęty, ale i tak nadrabiam dwa zaległe wpisy. Przy okazji wygrzewam się na słońcu za wszystkie czasy spędzone w sztormiaku i wszystkie zimne fale, które mnie ostatnio zalały! W końcu zasypiam.
Późnym popołudniem zabieram Szerszenie na plac zabaw. Idziemy na taki, na którym wcześniej nie byliśmy. Jest godzina 17, a słońce wypala skórę. Nad nami drzewa przepięknie kwitną na biało i różowo. Takie same są na całym południu Europy, ale dziś wyjątkowo jestem wzruszona ich widokiem. Siadam w cieniu palmy i patrzę na bawiące się dzieci. Na jednym placu moje jasnowłose Szerszenie, jasnoskórzy Brytyjczycy, Żydzi w krymkach, muzułmanie w długich szatach i seksowne Hiszpanki. Wszyscy razem spędzają razem. Nie ma podziałów. Wydaje się, że albo jest to zintegrowana społeczność albo kultura wymaga, by się nie alienować, bo wszyscy dorośli na placu zabaw rozmawiają ze sobą.

Tak jak wszędzie tutaj, życie na placu też zamiera o 19. Przychodzi starszy pan z łańcuchem i nas wygania 😉 Przenosimy się na kolejny plac zabaw, który nie jest zamykany. Chłopcy muszą spożytkować energię nagromadzoną po całym dniu kręcenia się jedynie po łódce i pomoście. Wchodzą na drzewa, ganiają się. Ogólne szaleństwo. W tym całym kociokwiku wychwytuję polskie słowa i tak poznajemy Polkę mieszkającą na Gibraltarze. Rozmawiamy chwilę o tym, jak miło się tu mieszka, gdy pojawia się mój przystojny kapitan 🙂 Dołącza się do rozmowy i opowiada o dwóch spotkanych dziś osobach, które przeprowadziły się na Gibraltar z Polski i z Wielkiej Brytanii ze względu na słońce i fantastyczną pogodę 🙂 Sama miałabym ochotę tu zamieszkać. Słońce to jest zdecydowanie to co lubię!
Wracamy z Szerszeniami przez piękny park. Byliśmy tu wczoraj, ale nie zauważyliśmy, że w jeziorku żyją tam żółwie i ogromne kolorowe ryby. Przyglądamy im się przez chwilę. Szerszenie ganiają się z B po zielonych pagórkach. Panuje klimat ogólnej wesołości, nie tylko naszej 🙂

Po drodze w marinie dołączamy w restauracji do Piotra. Śmiejemy się, że właśnie dlatego awarie silnika są tak drogie 😉 Zamawiamy białe wino i wspominamy stare czasy i wspólne wyjazdy 🙂 Do stołu podaje nam Polak. Mieszka tu już któryś rok. Podobno po hiszpańskiej stronie łatwiej o tańsze lokum, za to po tej stronie granicy więcej się zarabia. Przystojny kelner żartuje, że on tu tylko sprząta, ale na koszuli ma plakietkę menadżera. Widać, że Polacy świetnie sobie tu radzą.
Wieczorem znowu brakuje czasu na rozmowę z B, a mamy trochę spraw do przedyskutowania. Pracujemy i słuchamy muzyki. Dzieci o dziwo poszły dziś spać wcześniej, ale i tak nie udaje mi się wyciągnąć kapitana pod prysznic 😉

Jutro kolejna próba wydostania się na Atlantyk!

Dodaj komentarz