Atrakcje Alicante

Za nami noc w morzu. Przed nami hiszpańskie wybrzeże. Podobno całe jest zabudowane bloczkami i ma się nijak do włoskiego południa, które było zupełnie puste i dzikie. Rzeczywiście z daleka z morza widzimy głównie wieżowce. Nie jest to najpiękniejszy widok naszej wyprawy, szczególnie w kontraście do wczorajszych rajskich plaż Espalmador i Formentera, ale kierunek mamy już wybrany. Dopływamy do Alicante. Do portu wchodzimy przed 10 i najpierw musimy rzucić cumy koło kapitanatu, by załatwić formalności, a dopiero później, klucząc w marinie, możemy zaparkować w miejscu, w którym zostaniemy na noc.
Przy okazji przechodzenia przez krętą marinę mamy sposobność podziwiać piękne budynki na tle góry i usytuowaną na niej twierdzę. Dopiero z tej perspektywy widać, że pomiędzy wieżowcami, które rzeczywiście nie są zbyt urocze, są też piękne budynki z wieżyczkami, ozdobami, a jeden nawet z obrazami łódek wyklejonymi z glazury. Cały deptak przy morzu składa się z drobnych marmurowych kostek, których jest podobno 6,5 miliona, ułożonych w kształty trzykolorowych fal.

Gdy my wypatrujemy kolejnych atrakcji miasta, jak rzeźby i fontanny, Szerszenie zauważają coś interesującego dla nich, czyli plac zabaw. Jest to tak naprawdę całe centrum rozrywki – lunapark, w którym można spędzić nie tylko jeden dzień. Umawiam się jednak z Szerszeniami, że zabiorę ich tam na jakiś czas, by mogli się pobawić, ale później pójdą ze mną na zwiedzanie miasta, tak by każdy miał po trochu przyjemności dla siebie.
Tym sposobem kupuję sobie godzinę względnego spokoju. Z czasem okazuje się, że centrum zabaw co prawda nie jest jeszcze w całości uruchomione, za to na kulkowym ogromnym placu ze zjeżdżalniami i zestawem przyrządów akrobatycznych, zgodnie z tym, co mówi obsługa, Młodzi mogą się bawić bez limitu czasowego. Dzięki temu spędzamy tam ponad dwie godziny. Radość ich nie ma końca. Gdy jednak po napojeniu i nakarmieniu chłopców chcę ruszyć w miasto okazuje się, że wyprztykali się z energii i na każdym kroku serwują mi afery. Sfrustrowana brakiem możliwości zwiedzenia miasta, zabieram ich z powrotem na łódkę.

Na szczęście wieczorem dają się namówić na kolejne wyjście. Razem z B ruszamy na zdobywanie twierdzy Santa Barbara. Z dołu z mariny podejście pod górę wygląda stromo, ale okazuje się, że bez większego wysiłku wchodzimy coraz wyżej. Na górę prowadzą trzy drogi i w pewnym momencie rozdzielamy się. B z chłopcami idą w prawo, a ja dalej pod górę. Moja droga prowadzi przez miejskie ogrody z pięknie kwitnącymi o tej porze roku drzewami i krzewami. Kawałek za nimi idziemy już razem. B wymyśla chłopcom różne zadania i nawet nie zauważają kiedy, wchodzą na sam szczyt. Zdążamy akurat na zachód słońca, dzięki czemu widok z góry na miasto i port nabiera różowo-niebieskich barw. Jest tak ładnie, że liczba osób na szczycie trzaskających sobie selfie robi równie duże wrażenie jak sam widok. Nie możemy się doczekać, by dojść do jednej wieżyczki, z której najlepiej widać port, ponieważ trzy młode dziewczyny co rusz robią poprawkę poprawki zdjęcia. Wyginają się przy tym w bardzo seksownych pozach i stwierdzam po raz kolejny, że choć Hiszpanki to zupełnie nie mój typ urody, bo są bardzo pupiaste i cycaste, a przez to dosyć krępe, choć często z talią osy, to jednak nie można im odmówić wręcz rozbuchanej kobiecości. Często w Hiszpanii na ulicach widzę dziewczyny, które na nasze standardy są dosyć krągłe, choć kształtne. U nas jednak kobiety w tych rozmiarach nie pokazują tak chętnie ciała i nie ubierają się tak seksownie. Tu nie dość, że pięknie ubrane, podkreślające swoje kształty, to widać, że zadowolone ze swojego ciała i wyglądu.

Udaje nam się w końcu dojść do okupowanej wieżyczki. Podziwiamy widok na barwne fasady domów. Alicante jest prawdziwą mieszanką kolorowych kamieniczek, białych starych murów i psujących widok wieżowców. Nie ma jednak dwóch różnych obliczy jak np. Palermo, które miało swoją ciemną i jasną stronę. Tutaj, jak to powiedział Zbyszek, jest bardzo kulturalnie. Widać, że miasto ożyło nocą, swoje drzwi otworzyły liczne restauracje, ale na ulicach jest spokojnie i miło. Można tutaj bez obaw spacerować nocą z dziećmi. Nie jest to może najpiękniejsze miasto, jakie widziałam, ale jest ciekawe. Ma co prawda szereg nieciekawych estetycznie zaułków, ale jest bezpieczne. Dużo jest tutaj bezdomnych, za to nie są oni tak nachalni jak w Palermo. Często uśmiechają się na widok moich dwóch małych blondasów. Nie ma tutaj też rzeszy pijanych, imprezujących ludzi jak na Ibizie. Tutaj można się pobawić w clubie, ale i zjeść spokojnie kolację. Przy samym porcie są całe ulice z restauracjami jedna opok drugiej, kasyna dla lubiących hazard i szeregi hoteli.

Podglądamy to nocne życie Alicante podczas spaceru przez miasto w powrotnej drodze z twierdzy. Stefano cały czas idzie na własnych nóżkach, Gutek za to tuż przed mariną nie ma już sił i B bierze go na ręce. Jest już bardzo późno. Po takiej wyprawie Młodzi na pewno będą twardo spali. Niby moglibyśmy mieć dorosły wieczór dla siebie, ale sami ledwo stoimy na nogach po nocy w morzu. Czas się wyspać 🙂

Dodaj komentarz