Afryka wita nas sztormem

Budzi mnie dźwięk podnoszonej kotwicy. Wypływamy zatem z zatoki, w której zostaliśmy na noc. Ruszamy z samego rana, bo przed nami 60 mil morskich.
Ja wiem, że na naszej półkuli przeważają wiatry zachodnie, ale ile można? Znowu wieje nam prostu w dziób. Halsujemy się więc, by ocenić, czy lepsze warunki względem wiatru i fali będziemy mieli płynąc dziś na Gibraltar, czy jednak do Ceuty w Afryce. Plan zakładał dziś Afrykę, ale, gdy wiatr się wzmaga, wydaje nam się, że lepiej będzie się trzymać hiszpańskiego wybrzeża. Za chwilę wiatr trochę odkręca i już nam wygodniej płynąć do Afryki. Fala jest mniejsza niż wczoraj, ale idziemy prosto na nią i funkcjonowanie na, a w szczególności pod pokładem staje się trudne. Kończy się jednym małym rozcięciem, jednym upadkiem, jeśli chodzi o ludzi, ale wiele rzeczy na pokładzie zmienia swoje miejsce. Rano jeszcze robię zdjęcie naszych pokładowych ziół, chcąc pokazać, jak zostały wypalone przez wczorajsze zalewanie słoną wodą, a one po chwili zostają wystrzelone uderzeniem fali poza pokład…

W naszej kajucie dziobowej przecieka okno. Na łóżko rzucamy sztormiak B, by wyłapywał ściekającą wodę, jednak przeoczamy moment, w którym robi się w nim kałuża i woda przelewa się ze sztormiaka na łóżko. Na górze stanie za sterem to nieustanne strzały słonej wody. Gdy wieczorem dotykam swojej twarzy, mam na niej grubą warstwę soli, a granatowe spodenki mają wszędzie białe zacieki.

Przez dobre 4 godziny regularnie wieje nam wiatr o sile 43 węzłów. To już nie przelewki. Refujemy i tak już wcześniej zrefowanego do połowy grota i choć prędkość nam spada, to jednak na pokładzie można już bardziej komfortowo funkcjonować bez tak dużego przechyłu. Stresująco znowu zaczyna się robić (przynajmniej dla mnie), gdy Cieśnina Gibraltarska staje się coraz węższa, a my zaczynamy wchodzić pomiędzy duże kontenerowce. Cieszę się, że nie robimy tego nocą, bo to dla mnie zawsze dodatkowe zmartwienie. Teraz za dnia wszystko lepiej widać, nawet pomimo okularów zachlapanych solą. Wiatr czasem wieje w oczy tak, że bez nich ciężko patrzeć. Gdy znowu je zakładam, po chwili mam na nich taką warstwę soli, że wystarczyłaby do doprawienia całego obiadu 😉

Wychodzi na to, że przechodzenie cieśniny raz, to dla nas za mało. Najprawdopodobniej zrobimy to 3 razy. Dziś płynąc z Hiszpanii do Afryki, za dwa dni z Ceuty na Gibraltar i ostatecznie, po raz trzeci, przepłyniemy przez cieśninę na ocean. Czeka mnie zatem jeszcze wiele stresujących mijanek z wielkimi statkami, bo tu jest ich wyjątkowo dużo.

Po południu widać już wyraźnie skałę Gibraltaru z prawej burty, a przed nami Afrykę. Wiem, że przylądek Dobrej Nadziei nie jest z tej strony, ale widok coraz bliższego lądu daje nadzieję, na dobre zakończenie dnia 😃 Omijamy jeszcze zaznaczone na mapie jakieś zawirowania wody i zbliżamy się do portu żartując, że co my zrobimy, gdy tak jak wczoraj powiedzą nam, że marina jest pełna? Pewnie uczepimy się brzegu zębami i nie damy wygonić 😉 W główkach portu jeszcze bliska mijanka z dużym wodolotem i rzucamy cumy.

Miasto widziane z daleka wydaje się wybetonowane po horyzont. Tylko z prawej strony portu wielki szczyt przysłonięty chmurami, którego widok prowadził nas przez pół dnia na morzu. W marinie za to niespodzianka. W najbliższej jej okolicy wiele pięknych, bogato zdobionych kamienic, a pod nimi ulicą idzie procesja. Słychać orkiestrę, widać sztandary i na końcu niesioną świętą figurę. Wszędzie tłum ludzi ubranych bardzo odświętnie. My to jednak mamy szczęście do lokalnych świąt 😃 Dziś jednak odpuszczam podglądaniem procesji. Za dużo mamy bałaganu i mokrych rzeczy pod pokładem, za bardzo jesteśmy zmęczeni i głodni, by zajmować się teraz zwiedzaniem. Najpierw musimy zająć się dziećmi i łódką, która dzielnie nas dowiozła do portu.

Szerszenie mają mnóstwo energii. Od dwóch dni nie zaszli z pokładu i nie mieli okazji się wybiegać, więc ich roznosi. My oczywiście wymęczeni, a oni jakby ten dzień spędzili na zupełnie innej łódce 😉
Zagaduję do B, który przez cały tydzień pracuje i tylko w weekendy ma więcej wolnego, że może jednak nie płynęlibyśmy w któryś weekend tak intensywnie. Miałby wtedy czas spędzić niedzielę ze mną. W odpowiedzi słyszę, ze przecież spędza tę niedzielę ze mną! 😃
Wiecie, jakie to jest spędzanie? Wiatr wieje tak, że nie słyszymy się na pokładzie. Raczej krzykiem wymieniamy uwagi, a i tak dopytujemy się, kto co powiedział. Gdy jedna osoba stoi za sterem, to druga odpoczywa lub zajmuje się dziećmi, więc właściwie się mijamy. Taka to była niedziela spędzona razem 😃 Dobrze chociaż, że razem kochamy żeglarstwo, bo inaczej rozwód murowany 😉

PS Od kilku dni odsłuchujemy komunikaty straży przybrzeżnej o małych pontonach, które z imigrantami na pokładzie przepływają Morze Śródziemne. Wczoraj była mowa o 88 osobach na małej łódce! Dziś był regularny sztorm na morzu. Cały dzień nasz jacht zmagał się z dużą falą i bardzo silnym wiatrem. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak musi być trudno płynąć małym pontonem w takich warunkach. Wieczorem dostajemy informację o zatonięciu łodzi z imigrantami…

Dodaj komentarz